Dwumiesięcznik dla chorych

Bieg dla życia

Autor: , opublikowano: 09.06.2017

Bieg dla życia

W 2015 roku, w wieku szesnastu lat, biegnąc, pokonała trasę z Krakowa do Warszawy, aby spotkać się z Pierwszą Damą – Anną Komorowską. Chciała w ten sposób nagłośnić chorobę Piotrusia i zebrać pieniądze na jego leczenie. Dwa lata później, w lutym, przebiegła z północy na południe Polski, aby dać znać światu o chorobie Krzysia i Patryka. Poświęca się i ryzykuje wiele, aby nie być obojętną na cierpienie innych… Rozmowę z Natalią Lińczowską przeprowadził kl. Wojciech Olszewski SCJ.

Przebiegłaś prawie 800 km z Rowów (gm. Ustka) do Stadnik (gm. Dobczyce), aby pomóc Krzysiowi Ochmańskiemu i Patrykowi Galii. Jak poznałaś tych chłopców?

Najpierw poznałam Krzysia na stronie internetowej fundacji www.siepomaga.pl. Już od września żyłam pragnieniem, aby znowu pomóc jakiejś osobie. Wcześniej biegłam z Krakowa do Warszawy dla Piotrusia Wiśniewskiego. Tym razem chciałam jednak zrobić coś więcej, dlatego zdecydowałam się na dystans dwa razy dłuższy. W pewnym momencie wiedziałam już, jakie działania chcę podjąć. Pragnęłam jednak znaleźć osobę, która faktycznie poruszy moje serce. Gdy zobaczyłam Krzysia i nawiązałam z nim kontakt, a później spotkałam się z jego mamą, wiedziałam już, że to jest osoba, której chcę pomóc. Patryka poznałam troszeczkę później, bo w grudniu, podczas akcji Szlachetna Paczka zorganizowanej w Dobczycach. On też bardzo mnie poruszył, dlatego pobiegłam jednocześnie dla Patryka i Krzysia.

Jak zareagowali rodzice chłopców, gdy przyszła do nich siedemnastolatka z pomysłem na to, jak pomóc ich rodzinom? Zapewne był to dla nich szok?

W rozmowie z mamą Krzysia na początku spotkałam się z niedowierzaniem, co mnie zresztą nie zdziwiło, bo wiem, w jakiej musiała być sytuacji. Gdyby ktoś do mnie zadzwonił w takiej sprawie, praktycznie z drugiego końca Polski, też popatrzyłabym na to z dystansem. Natomiast po naszym pierwszym spotkaniu pojawiło się większe zaufanie i wiara, że mogę coś takiego zrobić. W przypadku Patryka było na pewno wzruszenie, a przez kontakt osobisty od razu większe zaufanie. Poczułam radość z tego powodu i to wzmocniło moją motywację, było „super”.

Jaki charakter miała ta akcja? W jaki sposób pokonałaś cały dystans?

Generalnie celem biegu było nagłośnienie trudnej sytuacji Krzysia i Patryka, dotarcie do jak największej liczby osób i instytucji. W drodze miałam ze sobą ulotki, które rozdawaliśmy przechodniom i zostawialiśmy je w odwiedzanych po drodze firmach. Prosiliśmy też o modlitwę, która jest dla nas bardzo ważna, bo dzięki niej możemy uzyskać pomoc. Dla mnie najważniejszym celem było zdobycie środków na refundację leku dla Krzysia. Nadal o to walczę.

Co się teraz dzieje z Piotrusiem, dla którego biegłaś z Krakowa do Warszawy w 2015 roku?

Piotruś jest już zdrowy i zawdzięczam to tylko modlitwie, bo jego sytuacja była bardzo nieciekawa i mogło być różnie. Dzięki Bogu, Piotruś wrócił do szkoły, ma się dobrze i nadrabia to, co zabrała mu choroba.

Dlaczego zaczęłaś biegać?

Kiedyś moją pasją była siatkówka, i to tak wielką, że już wtedy, pomimo bardzo młodego wieku, bo to była podstawówka, marzyłam o grze w reprezentacji Polski. Pod koniec szkoły podstawowej miałam jednak mały wypadek na zajęciach z wychowania fizycznego. Doznałam porażenia nerwu, co sprawiło, że przez trzy lata nie ruszałam ręką. Od tamtego momentu o siatkówce musiałam zapomnieć. Chyba w tej desperacji pojawiło się bieganie. Dzięki niemu poznałam ciekawych ludzi, którzy dzielą tę pasję ze mną.

Jak przeżywałaś tamte wydarzenia? Chciałaś grać w siatkówkę, w reprezentacji i nagle perspektywa kariery się rozsypała…

Na początku nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji mojego wypadku. Czasem coś mnie bolało, a czasem nic mi nie dolegało. Dopiero później, gdy już wyszłam ze szpitala, zauważyłam, że moja ręka nie jest do końca sprawna. To mi uświadomiło, że w siatkówkę jedną ręką raczej nie pogram. Nie popadłam wprawdzie w depresję, ale przez najbliższy rok całkowicie zaniedbałam sport, chociaż wcześniej właściwie każdy ruch był dla mnie ważny. To był taki dół, z którego musiałam się wyrwać i znaleźć jakąś inną pasję.

Jak wyglądała Twoja relacja z Panem Bogiem w tamtym czasie?

Szczerze mówiąc, nie była ona silna. Chociaż zawsze chodziłam w niedzielę na Mszę Świętą, ale nie przykładałam do tego większej wagi. Natomiast później, na widok tego, co się dzieje wokół mnie, coś się we mnie zmieniło na lepsze i teraz jest inaczej. Mam świadomość, że jednak jest Ktoś, kto jest najważniejszy i od którego wszystko zależy. To dla mnie mocne potwierdzenie, że to nie tylko słowa, ale prawda, której skutki odczuwam w życiu. Wiele razy się przekonałam, że Boża pomoc naprawdę działa.

Słyszałem, że podróżujesz…

Tak, udało mi się wyjechać na taką mini misję. Byłam w Albanii – to była pierwsza sytuacja, kiedy wyszłam z pomocą gdzieś dalej. Wyjazd ten był dla mnie dużą nowością, ale jestem z niego bardzo zadowolona. Nadal bym chciała pomagać, chociaż nie będą to raczej misje. W każdym razie wiążę swoją przyszłość z pomaganiem. Na razie jednak, dopóki nie pomogę Krzysiowi, nie mogę z pełnym poświęceniem zaangażować się w inne przedsięwzięcia. Oczywiście wraz z Bogiem, bo tylko to ma sens.

Skąd u Ciebie taka wrażliwość na innych? Dzisiaj przecież tak wielu koncentruje się na sobie, na tym, co mają, a Ty poświęcasz bezinteresownie dwa tygodnie dla kogoś, nie mówiąc już o przygotowaniach, zaangażowaniu ludzi itd. Gdzie w tym wszystkim jesteś Ty? Twoje marzenia, pomysły?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Po prostu gdzieś głęboko w sercu czuję, że Bóg wybrał dla mnie taką drogę i to chyba jest jedyne wytłumaczenie. Odczuwam altruizm, potrzebę niesienia pomocy i w tym wszystkim nie myślę tak o sobie. Jest też wiele zachęt, które padają chociażby z ust papieża Franciszka: „Wstań z kanapy i załóż wyczynowe buty”. To jest motywujące i faktycznie uderza w serce. Gdyby tak nie było, moje zachowanie na pewno byłoby inne. Czasem sama się zastanawiam, dlaczego moim marzeniem stała się nagle pomoc, chociażby Krzysiowi. Z drugiej strony dostrzegam, że to właśnie dzięki tym ludziom, którym pomagam, odnajduję w sobie inspirację do dobra. To oni są źródłem tej motywacji, aby czynić dobro, być wrażliwym na ich krzywdę. Gdyby nie to, nie wiem, co bym robiła. Pewnie nadal bym siedziała w książkach. Tak było jeszcze rok temu: całkowite odcięcie się, niemal nie wychodziłam z domu. Cały czas książki, książki i tylko to się liczyło. Oczywiście szkoła nadal pozostaje ogromnym priorytetem, ale dostrzegam również to, że mam uczucia, rodzinę, znajomych, mam pasje, zainteresowania, na co wcześniej nie znajdywałam czasu.

W jaki sposób radzisz sobie z doświadczeniem cierpienia i wiarą w Boga?

Na początku była we mnie straszna złość. Pamiętam, że w przypadku Piotrusia, bo była to pierwsza osoba, której tak bardzo chciałam pomóc, zawsze podczas Eucharystii myślałam o nim. Również za każdym razem, gdy robiłam znak krzyża, prosiłam z wielką wiarą o zdrowie dla niego. Co nie znaczy, że nie było trudnych sytuacji z jego zdrowiem. Jednak wierzyłam bardzo, że to, o czym myślę, jest takie prawdziwe i że Bóg faktycznie może nam pomóc. W przypadku Piotrusia byłam napełniona większą radością, miałam głęboką nadzieję, że wszystko skończy się pozytywnie, i tak się szczęśliwie stało.

Natomiast w przypadku Patryka i Krzysia często były łzy, które są nawet do tej pory. Odczuwam jednak strach, co do ich przyszłości. Równocześnie wciąż jest we mnie wielka chęć pomocy chłopakom. Dużo się modlę i to daje mi wyciszenie, które jest bardzo ważne w trudnych chwilach, np. wieczorem, kiedy emocje są bardziej intensywne. Dzięki modlitwie podchodzę do tego wszystkiego z większym spokojem. Gdzieś Ktoś mi podpowiada…

… że wszystko będzie dobrze?

Tak, przynajmniej ja będę o to walczyć.

Jak to jest: spojrzeć w oczy rodzicom dzieci, którym pomagasz? Których nawet nie znasz?

Osoby te nie są ze mną spokrewnione ani nie są z okolicy, poza Patrykiem z sąsiednich Dobczyc. Owszem, jest to dla wszystkich bardzo dziwne. Ja podchodzę do tego w prosty sposób: co to za różnica, czy mieszkamy od siebie trzysta kilometrów, czy trzy kilometry? Z każdą rodziną było inaczej, zawsze były łzy, ale odczucia za każdym razem były inne. W czasie spotkania z rodzicami Piotrusia moje uczucia były trudne do określenia. To było przed leczeniem, jego rodzice akurat wyjeżdżali do Austrii. Widziałam strach, niepokój, który cały czas im towarzyszył. Czułam się bezradna z tego powodu, że oni wyjeżdżają i nawet nie będę się mogła z nimi spotkać; było ciężko. Pamiętam, że poczułam tylko mocny impuls „z góry”, że muszę pomóc Piotrusiowi, że muszę coś dla niego zrobić.

W przypadku Patryka widziałam w oczach jego mamy strach, ale też dużą wdzięczność, pomimo że nic jeszcze nie zrobiłam. Czułam to zaufanie, którym mnie obdarzyła, odtąd cały czas jesteśmy w kontakcie. Patryk już niedługo wylatuje na leczenie, a nam pozostaje teraz tylko modlitwa. Myślę, że tylko dzięki temu może się ono udać.

Z mamą Krzysia było zupełnie inaczej. Jest to osoba niedużo starsza ode mnie. Gdy się zobaczyłyśmy, po prostu obdarzyłam jej rodzinę dużą sympatią i do tej pory tak jest. Na pewno będę się starała im pomóc, tym bardziej, że w jej oczach widziałam wielką nadzieję. Muszę dotrzymać danej obietnicy, że pomogę Krzysiowi.

Czy udało się wam zrealizować wyznaczone cele?

Refundacja leku jest jeszcze w toku. Jeśli nie uda się jej uzyskać, to mam jeszcze dwa plany awaryjne, które na pewno uruchomię, nawet jeśli nie wszystkim się to spodoba. Gotowa jestem poświęcić swoją bliską przyszłość, żeby pomóc Krzysiowi. Dopóki mu nie pomogę, nie zaangażuję się w inną pomoc.

Jak możemy jeszcze teraz pomóc tym chłopcom?

Piotruś jest już zdrowy. Oczywiście nadal jest ważna modlitwa, bo nigdy niczego nie możemy być pewni. W przypadku Patryka też najważniejsza jest modlitwa, bardzo dużo modlitwy, bo leczenie rozpoczyna w niedługim czasie. A jeśli chodzi o Krzysia, potrzebne są najpierw podpisy pod petycją o refundację leku dla chorych na chorobę Niemanna-Picka typu C. Potrzebne są nadal także złotówki, które spłyną na konto, jak i modlitwa, bo ona jest najważniejsza w każdym przypadku.

Wróćmy do Twojego biegania, jak ono wygląda od kuchni?

Do organizacji takiego biegu, połączonego z jazdą na rolkach i na rowerze, potrzebni są ludzie. Biegnąc z Krakowa do Warszawy, miałam do pomocy inne osoby niż teraz. Na szczęście do tego typu działań chętnie angażuje się wielu ludzi i dzięki temu może się to udać. Jest też dużo pracy w przygotowaniu takich przedsięwzięć, ale im więcej pracy, tym lepszy efekt. Dlatego się tym nie załamujemy, tylko robimy wszystko, aby każda kolejna akcja była lepiej dopracowana. Tym razem było dużo więcej do zrobienia. Jeżeli chodzi o przygotowanie kondycyjne, to np. musiałam przytyć ponad 15 kg. Mój dzień zaczynał się godzinę wcześniej niż zwykle, gdyż musiałam przygotować posiłki do szkoły i zrobić krótkie rozciąganie. Wieczorami na przemian było długie bieganie, rower i ćwiczenia siłowe. Przyswajałam dziennie nawet do 4000 kcal.

Jak przeżyłaś największy kryzys w czasie ostatniego biegu?

Zaczęłam dzień biegiem. Było bardzo zimno i jedyne, co pamiętam, to mróz, który szczypał mnie po twarzy. Po 8-12 km założyłam więc rolki. Po kolejnych 2,5 km jazdy na rolkach zaczęła mnie boleć łydka. Nie miałam siły ani ochoty dalej kontynuować trasy. Jeździły samochody, wszystko mi przeszkadzało, no więc wsiadłam na rower i w sumie zrobiłam jeszcze 25 km, podczas których zdążyłam płakać kilka razy. Byłam już taka zła, prosiłam Boga o pomoc, o siłę i motywację, ale to nie pomogło w tamtym momencie. Zaczęłam śpiewać piosenkę „Shaba balua, Jezu”, co zawsze robię w trudnych chwilach. I tak zaczęłam się śmiać sama z siebie. Ludzie patrzyli, co ja robię – że jadę na rowerze i śpiewam. W końcu stwierdziłam, że muszę zejść z roweru, że już dalej nie pojadę. Zadzwoniłam po moją ekipę, z którą udaliśmy się na obiad. Po obiedzie nie chciałam wychodzić, było mi bardzo zimno. Gdyby nie moja ekipa, nie wiem, jak by się to skończyło. W końcu udało im się mnie wepchnąć na ten rower i, o dziwo, dostałam takiej siły w tamtym momencie, że jadąc w szybkim tempie, udało mi się zrobić cały dystans jeszcze przed czasem. Mój kolega powiedział po obiedzie, że to nierealne, abym przebiegła cały dystans, a miałam przed sobą jeszcze 50 km. Ale dałam radę! Znowu Ktoś pomógł…

Czy nie czujesz się na trasie samotna i opuszczona?

Było kilka takich momentów, ale chwilę później było mi bardzo wstyd, że tak myślałam. Poprzez fora społecznościowe czy Internet mamy szansę nagłośnić sytuację Krzysia lub Patryka. Tam można zobaczyć, że są osoby, które faktycznie się angażują. Bardzo pomógł mi telefon od osoby, z którą nie jestem blisko. Ona bardzo mi gratulowała i dziękowała za to, że pokazuję, w jaki sposób można pomagać. Dzięki telefonom z telewizji i różnych gazet widać, że jest duże zainteresowanie tą akcją.

To wspaniałe, że ludzie Ci nie zazdroszczą, a potrafią Cię w tym wspierać.

Dokładnie! Jednak najważniejszym kontaktem w tamtym czasie był kontakt z moją rodziną i z rodzinami chłopaków. To wystarczyło, aby się zmotywować, wstawać z koca, wsiadać na rower i jechać dalej.

Może jest coś takiego, o czym chciałabyś nam powiedzieć, czymś się podzielić?

Chciałabym bardzo zachęcić do pomocy. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo to jest ważne. Wystarczy jednak, że każda osoba wpłaci złotówkę, dosłownie złotówkę. Biorąc pod uwagę, ilu nas jest, w Polsce czy jeszcze szerzej, będzie to ogromna kwota. Jeżeli pomożemy choć jednej osobie, to grono osób szczęśliwych, które otrzymały pomoc, będzie o tę jedną osobę większe. I to jest najważniejsze.

Serdecznie dziękujemy Ci za rozmowę. Wszystkiego najlepszego na dalsze życiowe plany, niech spełnią się tak, jak Pan Bóg zamierza. Niech On Cię prowadzi, a Ty, będąc Mu posłuszną, na pewno będziesz szczęśliwa i wielu ludzi obdarzysz prawdziwą miłością. Szczęść Boże!

Dziękuję. Szczęść Boże!

Wesprzyj leczenie Krzysia Ochmańskiego

94 1750 0012 0000 0000 2068 7444

Z dopiskiem: Darowizna na rzecz Ochmańskiego Krzysia

Stowarzyszenie Pomocy Chorym Dzieciom LIVER

Wysłouchów 30A/43

30-611 Kraków

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *