Dwumiesięcznik dla chorych

Bóg wypełni pustkę

Autor: , opublikowano: 14.02.2014

Bóg wypełni pustkę

Tajemniczy jest Bóg. I choć dał nam szansę poznać się w Osobie Jezusa, to i tak wiele spraw nadal pozostaje niejasnych, nieodkrytych. Nie ma się zatem co dziwić, że tajemniczość dotyczy również i nas. Przecież mamy tak wiele z Nim wspólnego: pragnienia wykraczające poza naszą śmierć, miłość, którą życie nie kończy, i wiarę nie z tej ziemi.
Pewnym jest jednak fakt: Bóg potrafi wypełnić każdą pustkę w nas. Czym?

Soczyste pastwiska

Niektórzy współcześni Jezusowi kompletnie nie byli w stanie pojąć ani Jego misji, ani tożsamości. Oskarżenia szły dość głęboko: a to samozwańczy nauczyciel, a to bluźnierczo mianujący się Synem Bożym, aż po oskarżenia, że choć niezaprzeczalną moc wypędzania złych duchów ma, to pewnie to mocą Belzebuba czyni… Dramat sytuacji potęguje jeszcze fakt, że fizyczna bliskość faryzeuszów i Jezusa wcale nie jest równoznaczna ani z wiarą, ani z uzdrowieniem, ani z żadną żywą, otwartą relacją z Nim… Nieraz chętnie wypchnęlibyśmy owych niezdolnych do (roz)poznania Boga poza nawias historii.

Łukasz w 11. rozdziale swojej relacji ewangelicznej, przytaczając Jezusowe słowa, zdradza tajemnicę Bożej obecności. I choć nie wprost, to wnioski można wyciągnąć bardzo klarowne. „Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku. A gdy go nie znajduje, mówi: «Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem». Przychodzi i zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze siedmiu innych duchów, złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I stan późniejszy owego człowieka staje się gorszy niż poprzedni” (Łk 11,24-26). Doskonały fragment, który może stać się lekarstwem na nasze bolączki nieustannie powracających tych samych grzechów, słabości. Bo czy zastanawiamy się, czym wypełnić pustkę po odrzuconym złu, fatalnym nawyku, któremu poświęcaliśmy pewien czas w ciągu dnia, czy też toksycznej relacji z jakąś osobą? Kto zamieszka w moim sercu w miejsce drobnych zdrad? Bóg jest bowiem gotów wypełnić to miejsce. Czym? Swoją obecnością. Problem jedynie w tym, że z wyjściem na pastwiska soczystej zieleni nieco się ociągamy. To prawda: Bóg nie zając nie ucieknie. Ucieka jedynie czas, czas łaski.

Chodzi o miłość

Podobno ks. Józef Tischner tuż przed swoją śmiercią poprzedzoną cierpieniem osobom, które były blisko niego, pewnego razu napisał, że cierpienie nie uszlachetnia. Jak to? Nie uszlachetnia? Przecież tyle razy i z ambony, i z łamów religijnych gazet słyszeliśmy, że uszlachetnia. Choć pewnie samemu trudno nam było powiedzieć, jak to się dzieje albo czy jest i jedno, i drugie. Ksiądz Tischner jednak szybko dopisał: tym, co uszlachetnia, jest miłość.

Miłość, która dziś musi się obronić przez chęcią samozadowolenia i pokusą patrzenia na człowieka przez pryzmat zysku. Nie tylko finansowego, ale również owego świętego spokoju, który zazwyczaj nieprzewidziana choroba potrafi podstępnie ukraść. Miłość jednak jest najgłębszym celem naszego bycia tutaj, codziennego zwlekania się z łóżka, pracy, nerwowego oczekiwania w kolejce do lekarza, zakupów w pobliskim sklepie i wieczornej Mszy św. w parafialnym kościele. Miłość jest najgłębszym sensem, co więcej – jest jedyną sensowną przyczyną pchania do przodu naszej codzienności.

Oczywiście miłość chodzi pod rękę z wolnością, więc bezcelowym jest natarczywe nagabywanie do kochania: musisz Boga kochać… Wręcz przeciwnie, absolutnie nie musisz Go kochać. Możesz jednak pozwolić się Jemu pokochać, reszta będzie efektem domina.

Podpowiada nam hymn z liturgii godzin: „Wszystko przeminie, gdy nadejdzie wieczność, wiara się skończy, a nadzieja spełni; miłość zostanie, aby Cię poznawać w Twoim królestwie”. Zatem czy nie warto już dziś rozkochać się w tym, co czeka nas po drugiej stronie życia?

Zapomniany smak chleba

My zaś w międzyczasie oczekiwania na wieczność „uczyniliśmy Boga kłamcą” (por. 1 J 1,10) a to przez zaprzeczaniu istnienia zła, które popełniamy, a to przez zapomnienie… smaku chleba. Nieliczni go znają, bo zazwyczaj pozostaje niewyczuwalny, zduszony smakiem wszelkich mięsno-warzywnych dodatków na kanapce. Zresztą nie jest już on podstawą. Oczywiście nie o chleb tutaj chodzi, ani o kulinarne upodobania. Chodzi o zdolność do radości, szczęśliwego życia. O ukryte w nas, nie do zduszenia pragnienie szczęścia, zapomnianą zdolność do cieszenia się z rzeczy najprostszych. Życie nie musi być wysublimowane ani nieokraszone chorobą, by uznane zostało przez jego posiadacza za udane, bez toksycznego narzekania. To właśnie miłość pomaga nam i zdystansować się do doświadczanego zła i choroby, i przesunąć uwagę z „mieć” na „być”. Bo czy dużo większym i poważniejszy źródłem cierpienia nie jest chroniczny brak zdolności do cieszenia się z rzeczy najprostszych?

Czy prostota, satysfakcja życiowa i wiara w drugi odcinek życia zostaną wpisane na listę zabytków UNESCO? Czy też może zdołamy te wartości obronić? Sami na pewno nie. Tę walkę może podjąć jedynie Bóg. Ten sam, który wypełnia w nas pustkę po grzechu.

Post w czarnych kolorach

Po to właśnie jest post, by nie tyle nie robić czegoś, ile wypełnić serce dobrem. Oczywiście nie z lęku, że coś lub ktoś wróci i będzie gorzej, ale z nadziei, że Bóg ze swoimi regułami jest w stanie uczynić nas szczęśliwymi. Post to właśnie, oprócz nazwania zła po imieniu i odrzucaniu go, wzbudzenie w sobie głodu dobra, a nawet więcej – konkretne zaspokajanie go. Więc może zamiast myśleć, z czego by tutaj zrezygnować, zdecydować się na zrobienie tego, co miłość moją pomnoży?

Jeden komentarz

Dołącz do dyskusji!

  1. Magda Lena

    piękny tekst 🙂
    niech Ci Pan błogosławi na każdy dzień ks. Radku
    pamiętam w modlitwie

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *