Dwumiesięcznik dla chorych

Cierpieć z sensem

Autor: , opublikowano: 21.02.2013

Cierpieć z sensem

Pamiętam dobrze historię Janusza Świtaja, tę opisywaną na pierwszych stronach gazet propagujących eutanazję czy testament życia. Pamiętam również jej drugi odcinek, o którym nie rozpisywano się już tak chętnie.

W wyniku wypadku komunikacyjnego w 1993 roku Janusz Świtaj doznaje urazu z porażeniem czterokończynowym i niewydolnością oddechową. Troska o bardzo trudny stan zdrowia wymagający codziennej stałej opieki pielęgniarsko-lekarskiej szybko spada na barki niemłodych już rodziców. Wszelkie pertraktacje z NFZ-em o przyznanie odpowiedniej pomocy nie przynoszą skutku. Janusz w 2006 roku pisze dość rozpaczliwy list do ówczesnego prezydenta RP – śp. Lecha Kaczyńskiego: „Jeżeli zatem w Rzeczypospolitej Polskiej, której Pan jest Prezydentem, dochodzi do takiej sytuacji, to ja już nie mam żadnej nadziei na godne życie. Nie pozostaje mi nic innego, jak przyłączyć się do zwolenników eutanazji jako prawa do godnej śmierci”.

Ja – tajemnica do odkrycia

Czym jest cierpienie? Czy można odczuwać ból, nie cierpiąc zarazem? Czego potrzebują ludzie chorzy, że gdy im tego zabraknie, są w stanie sięgać po decyzje tak drastyczne i bez odwrotu jak pragnienie własnej śmierci? Czego brakuje nam, ludziom zdrowym, by stać się nie tylko ich pielęgniarzami, ale i mądrymi przyjaciółmi?

Choroba, czasowa czy też stała niepełnosprawność wybijają człowieka ze z góry ustalonego rytmu życia. Zawsze krzyżują plany, czasem łamią i nadzieję. Ale czy tylko niszczą? Nie. Stwarzają też szansę, by zajrzeć w głąb siebie, poznać siebie samego bardziej, odkrywając również swoje słabsze strony. Uczą cierpliwości, nowego rozumienia własnego ciała. Zmuszają, by odpowiedzieć na podstawowe pytanie o cel życia. Po co, dla czego, dla kogo… Chodzi już bowiem nie o pytanie „dlaczego”, ale „dla czego/kogo”, o to, jaki w cierpieniu czy niepełnosprawności jest cel, jak stać się na nowo potrzebnym, zdolnym (choć może już w innym zakresie) do realizacji marzeń i obowiązków.

Bóg we krwi

Czy nam, wierzącym, łatwiej jest odkrywać sens w cierpieniu? Tak. Ale tylko wtedy, gdy wiara z kategorii tradycji, paciorków i Bozi przechodzi w żywą relację z Bogiem – osobą. Kiedy chcę wykrzesać z siebie odrobinę energii, by poznawać Boga, wsłuchiwać się w Jego słowo, pytać, odkrywać. Bo choć choroba odkrywa nasze człowieczeństwo, to i tak do końca nie pojmiemy go bez Chrystusa – on nadaje sens, pozwala znaleźć ową odpowiedź na tamto „dla czego/kogo”. Tylko z Bogiem możemy dyskutować o tamtym świecie i znaczeniu naszego bycia tutaj.

Bóg też właśnie po to „ubrudził sobie ręce” cierpieniem, śmiertelnym bólem i przybiciem do krzyża, by stać się w naszych oczach bardziej wiarygodnym partnerem w dyskusji. Inaczej bowiem rozmawia się z tym, który sam zmaga się z cierpieniem czy niepełnosprawnością, niż z kimś, kto takich doświadczeń nie posiada.

Często to właśnie wypadek czy poważna choroba stają się bodźcem, by wreszcie zacząć dostrzegać Boga, nawiązywać z Nim relację, porządkować swoje życie w sakramencie pokuty. Ta nowa przyjaźń z Chrystusem może być szansą na odkrycie nowego powołania: świadczenia o podstawowej prawdzie, że szczęście bardziej niż na dwóch zdrowych nogach stoi na zdrowym sercu, które kochać może także wtedy, gdy ciało odmawia posłuszeństwa. „Zobacz, jestem pełnowartościowym człowiekiem, chociaż w góry razem nie pójdziemy… A to, że odkryłem swoją wartość i sens życia, zawdzięczam poniekąd chorobie…”

Rodzina – reaktywacja

Nielepiej radzą sobie z chorobą czy niepełnosprawnością ludzie, z którymi żyje się na co dzień. Ich życie również ulega zmianie i to nie tylko w kategorii zadań i obowiązków, lecz osobistych relacji. Mądrze przeżywana choroba jest w stanie naprawić rozsypujące się małżeństwo i rozwalającą się rodzinę. Pomaga zdystansować się od mało znaczących wydarzeń, które powodowały konflikty. Po prostu dostrzegasz, że w sumie to go kochasz… a im bardziej zdany jest na ciebie, im bardziej jesteś dla niej „być albo nie być”, tym bardziej zbliżacie się do siebie.

Pamiętam słowa moich znajomych – dojrzałe małżeństwo: ona – aktywna zawodowo kobieta, on – rencista po wylewie z lekkim paraliżem. Gdy wspominali własne przygody z chorobą i późniejszy powrót do zdrowia, on zaznaczył, że wtedy dała mu największy dowód miłości. „Dopiero wtedy?” – dopytywałem zaskoczony. „Tak, wtedy uświadomiłem sobie, że mnie najbardziej kocha” – odrzekł. „To co takiego ważnego powiedziała?” „Nic. Po prostu zmieniała mi… pieluchomajtki”.

A jednak potrzebny

Drugi odcinek historii Janusza Świtaja związany jest z Fundacją Anny Dymnej „Mimo Wszystko”. Gdy w 2007 roku usłyszała od dziennikarzy o liście wysłanym do jastrzębskiego sądu autorstwa „sparaliżowanego mężczyzny, który poprosił sąd o zgodę na eutanazję”, szybko skontaktowała się z nim.

„Gdy dowiedziałam się, że chodzi o Janusza, zadzwoniłam do niego i powiedziałam: «Janusz, przecież Ty jesteś potrzebny». Przyznałam, że słusznie domaga się dyskusji na ten temat, bo sytuacja podobnych ludzi jest w Polsce upokarzająca. Zapowiedziałam mu też, że będzie u mnie pracował” – wyjaśniła Anna Dymna.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *