Dwumiesięcznik dla chorych

Czas przejścia

Autor: , opublikowano: 25.08.2012

Czas przejścia

Każdy z nas doświadczył w przeszłości przejścia z życia płodowego do życia w świecie. Przejście to nazywamy porodem. Każdy z nas doświadczy w przyszłości kolejnego momentu granicznego – śmierci, czyli przejścia z życia w świecie do życia wiecznego. I tak jak własnego porodu nikt z nas nie był świadomy, tak do momentu śmierci przygotowujemy się przez całe życie. Niektórym dana jest szczególna łaska – możliwość bliższego przygotowania, pojawiająca się, gdy ze względu na stan zdrowia lekarze prognozują czas, jaki dzieli ich od wieczności.

Zadanie do wypełnienia

Człowiek od momentu poczęcia nieustannie się rozwija. Słynny terapeuta Milton H. Erickson wyróżnił tak zwane stadia rozwoju psychospołecznego, które dotyczą każdego z nas. Mówią one o pewnych stałych dla wszystkich zadaniach, którym w miarę upływu lat musimy sprostać. Pomyślne ich rozwiązanie warunkuje spełnienie i poczucie szczęścia danej osoby. I tak np. dzieci muszą  zdobyć przekonanie o swojej wartości, nastolatkowie ukształtować własną tożsamość, a młodzi dorośli zyskać umiejętność budowania bliskich, trwałych relacji. Ludziom starszym oraz tym, którzy stają w obliczu śmierci, przychodzi zaś zmierzyć się z jednym z najważniejszych zadań – integracją dotychczasowego życia.

Lęk niewłaściwym doradcą

Od wypełnienia tego zadania odciąga nas lęk. Jest on obecny w nas samych, w naszych rodzinach, jest także wszechobecny w dzisiejszym świecie. Można mu się przeciwstawić. Częstą jednak reakcją na lęk jest unikanie. Łatwiej bowiem temat śmierci zepchnąć gdzieś głęboko w podświadomość, niż z odpowiedzialnością próbować mu sprostać. Jednak śmierć nie znika, gdy przestajemy o niej myśleć. Ona pozostaje jak najbardziej realna. Jedynie my, spychając ją poza codzienną świadomość, stajemy się coraz mniej na nią gotowi. Jeżeli zaś do czegoś ważnego, co ma nas spotkać, jesteśmy słabo przygotowani, wtedy nasz lęk przed tym jeszcze bardziej się nasila. I tak powstaje błędne koło lęku.

By zatroszczyć się o siebie w kontekście wieczności, trzeba zatem przerwać w sobie owo błędne koło. Wszystko po to, by podjąć zadanie integrowania własnego życia, być może nadal z odczuciem głębokiego lęku, ale już bez poddawania się mu.

Pogodzeni z przeszłością

Na czym zatem polega wspomniana integracja? Jest to przyjrzenie się sobie z pewnego dystansu, zobaczenie tego, co było, niejako z lotu ptaka. Zawiera się w niej życzliwe przeanalizowanie własnego życia. Ujrzenie w prawdzie dokonanych czynów i wyborów. Docenienie tego, co było dobre, zdobycie w sercu uznania dla własnych osiągnięć, podziękowanie samemu sobie za podejmowane wysiłki i starania, choćby i niezakończone sukcesem. Radowanie się bliskimi relacjami, które tworzyliśmy i nadal tworzymy z innymi ludźmi.

Niemniej ważne jest zobaczenie wszystkiego, co było złe, niewłaściwe, nieudane. By tego dokonać należy przywołać to, co trudne i bolesne. Trzeba odnaleźć w sobie odwagę, by zmierzyć się z tymi sytuacjami, w których raniliśmy innych lub sami doznawaliśmy zranień. Trudne może być uświadomienie sobie, że nieraz osobą, która raniła nas najbardziej, byliśmy my sami, np. poprzez oskarżanie samych siebie, wypominanie sobie wszelkich porażek, porównywanie się z innymi. Takie wspomnienia wywołują w nas smutek, żal, poczucie rozczarowania, złość. Trzeba pozwolić sobie przeżyć te emocje. Nie uciekać od nich. Następnie spojrzeć na siebie wzrokiem pełnym miłości, czułości oraz akceptacji. I przebaczyć – najpierw sobie samemu, później tym wszystkim, przez których kiedykolwiek cierpieliśmy.

Jeżeli ogarnięcie miłością samych siebie jest dla nas trudne, pomocne może okazać się przywołanie w pamięci obrazu ukochanej babci, rodzica czy wychowawcy – tych dorosłych, którzy kochali nas bardzo mocno i na co dzień dawali nam to odczuć. Spróbujmy spojrzeć na siebie ich oczami – pełnymi dobra, troski i akceptacji. Zastanówmy się także, jak patrzy na nas sam Bóg, dla którego jesteśmy umiłowanymi dziećmi i który kocha nas bezgranicznie. Niezwykle cenne jest przechodzenie opisanego procesu porządkowania życia w obecności Bożej – na modlitwie. Owocna może okazać się także rozmowa na ten temat z zaufaną osobą.

Żyjący tu i teraz

Przyglądanie się temu, co było, jest ważne. Pozwala odzyskać lub wzmocnić pokój serca, nabrać dystansu do minionych dni. Jest to jednak środek, a nie cel sam w sobie. Nie możemy żyć przeszłością. Nasze życie rozgrywa się w teraźniejszości. Składają się na nie najdrobniejsze codzienne sprawy – spotkania z najbliższymi, małe przyjemności, cierpienia ofiarowane w ważnej intencji, chwile, kiedy ból jest mniej odczuwalny, modlitwa. Tu i teraz zabiegajmy więc o pokój serca, wewnętrzną ufność i radość. Zwróćmy także nasze oczy ku przyszłości, do której zmierzamy.

Zapatrzeni w przyszłość

Czymś naturalnym jest wybieganie w przyszłość. Z pewnością nie dowiemy się, co dokładnie czeka nas w wieczności, nim jej nie osiągniemy. Czy jednak dziecku, które wybiera się z rodzicami w podróż, nie wystarczy ich zapewnienie, że tam, gdzie się udają, jest cudownie? Trzeba nam nade wszystko zapatrzyć się z nadzieją w przyszłość i uwierzyć Temu, który do tej przyszłości pragnie nas wprowadzić. A wszystko to w duchu ufności, pomimo odczuwanego lęku, bo przecież po drugiej stronie czeka Najlepszy Ojciec, a śmierć prowadzi wprost w Jego ramiona.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *