Dwumiesięcznik dla chorych

Dotyk Boga

Autor: , opublikowano: 03.07.2013

Dotyk Boga

Możemy Go spotkać w najmniej spodziewanym momencie naszego życia. Nawet gdy jesteśmy od Niego daleko, On cały czas trwa przy nas i czeka… O niezwykłym spotkaniu, które pozostawiło niezatarty ślad w jej pamięci, i odkryciu prawdy o Bożej obecności ks. Jakubowi Kopystyńskiemu SCJ opowiada pani Krystyna*.

Ilekroć wchodzę do Pani mieszkania, mam takie wrażenie, że tutaj pachnie Bogiem. Wszędzie obrazy, zapalona lampka wieczna na ścianie. Może Pani powiedzieć kilka słów o tej swojej przyjaźni z Panem Jezusem? Jak to się zaczęło?

Trzeba by wspomnieć o czasie, kiedy jeszcze nie byłam z Panem Jezusem. Deklarowałam się jako ateistka, mój mąż również. Żyliśmy bez żadnych zobowiązań. Mieliśmy dużo pieniędzy. Nie ukrywam, że lubiliśmy się napić, paliliśmy też namiętnie. Graliśmy koncerty. On pisał muzykę, a ja ją wykonywałam z zespołem. Polska, potem inne kraje – taka sobie jazda po „wolnym” świecie.

Mieliśmy jednak przyjaciół, którzy widzieli, że jesteśmy utalentowani, ale marnujemy to. Postanowili nas z tego wyciągnąć. Próbowali perswazji, ale to nie było przekonywające, a nawet działało na nerwy. Taki Piotrek, który też był muzykiem, wziął sobie za punkt honoru, że będzie mi przypominał o tym, że szatan istnieje. Denerwował mnie bardzo, ale nie ustępował. Kiedyś powiedział: „Krysiu, ty jesteś mocna, ale zobacz, co się dzieje z twoim mężem. On nie umie sobie ze sobą poradzić, przestaje komponować muzykę”. Rzeczywiście straszne lenistwo pojawiło się w naszym życiu. W sierpniu 1990 roku Piotrek przyprowadził do nas swojego kolegę Tomka. Rozmawiali ze Zbyszkiem w kuchni, a ja leżałam sobie na wersalce w pokoju i słyszałam, co mówi ten Tomek: „Też miałem takie porąbane życie, ale poczytałem sobie Dzienniczek siostry Faustyny i mnie tam parę słów tak mocno dotknęło” i zaczął je cytować. Wtedy usiadłam i powiedziałam: „Oho, przyszedł nawiedzony”, ale oczywiście słuchałam dalej.

Jakie to były słowa?

Że do miłosierdzia Bożego największy dostęp mają ci najbardziej zatwardziali grzesznicy. Ale ja sobie pomyślałam: „Akurat, gdzieżby tam Bóg mi wybaczył moje grzechy”. Rozmawiali chyba ze trzy godziny. Potem Zbyszek wszedł do pokoju i zobaczyłam kogoś innego. Miał jasne, pełne światła oczy i niósł otwarty Dzienniczek. Klęknął przy wersalce i przeczytał mi ten fragment. Zbyszek nie spał już do rana, po prostu czytał. Na drugi dzień z Tomkiem pojechali do kapelana sióstr Matki Bożej Miłosierdzia i Zbyszek przywiózł do domu obraz miłosierdzia Bożego i dwie koronki. Jego bardzo mocno chwyciło od razu. Natomiast ja się zbuntowałam. W najbliższą niedzielę mąż zapytał mnie: „Krysiu, mogę cię prosić, żebyś mi dała świeżą koszulkę, bo idę do kościoła?”. Spokojnie wstałam, dałam mu ją i poszedł.

A Pani nie?

Nie, jeszcze poczekałam ze dwa tygodnie. Ale później już bardzo chciałam iść. Zaczęłam się też razem z nim modlić. Poza tym okropnie denerwował mnie ten Dzienniczek. Leżał w kuchni na takim biureczku. Chowałam go do szuflady, ale wtedy denerwowało mnie to, że go nie widzę.

Źle, że jest, i źle, że go nie ma.

Tak jest. W końcu powiedziałam sobie: „Przeczytaj go, będziesz miała święty spokój”. I tak się wymienialiśmy ze Zbyszkiem. Później weszłam w Koronkę do miłosierdzia Bożego, a pewnej niedzieli stwierdziłam, że idę do kościoła. Wyszliśmy na ulicę, a mój mąż mówi: „Teraz jest trochę inaczej w kościele. Ksiądz stoi przodem do ludzi i mówi po polsku” (śmiech). To był 1990 rok. Wkrótce postanowiliśmy, że weźmiemy ślub kościelny. To był ten nasz pierwszy krok w kierunku zrobienia porządku w naszym życiu.

W październiku Zbyszek powiedział: „Krysiu, jedźmy do Łagiewnik, bo tam są takie piękne Msze św.”. Nie chciało mi się, ale mąż zachęcał: „Będzie kardynał”. A kardynała to jeszcze nie widziałam. I pojechaliśmy, ale ponieważ wyjechaliśmy dosyć późno, więc staliśmy w przedsionku. Drzwi były otwarte i zza tych ludzi zobaczyłam obraz Pana Jezusa i Jego oczy. O tym, co było dalej, opowiadał mi już mąż: „Patrzę, co ty robisz, a ty nagle łokcie do przodu, ludzi na boki, kierunek obrałaś, a ja za tobą jak za żaglem”. Dotarłam do obrazu, padłam na kolana i zaczęłam tak płakać, że podobno ludzie mówili: „Biedna, pewnie wszystkie swoje kłopoty tu przywiozła. Ale jej musi być ciężko”. A ja po prostu wypłakałam te moje lata, kiedy żyłam daleko od Boga. Tam dotknęła mnie Jego miłość i zaczął się proces uzdrawiania. Zrozumiałam, ile dźwigam i ile muszę oddać, żeby móc tej miłości naprawdę doświadczyć. I nagle poczułam dotknięcie mojego męża: „Jedziemy do domu”. „Jak to do domu, a Msza św.?” – zdziwiłam się. „Już była”. „A kardynał?”. „Pojechał”.

To ze dwie godziny tam Pani chyba klęczała?

Nie wiem ile. To był przełom. Potem poznałam o. Wojciecha Kubackiego i umówiłam się z nim na spowiedź przedślubną 4 lutego 1991 roku. Trwała ona bardzo długo i ojciec co chwilę wyglądał i pytał litościwie: „Dziecko, możesz jeszcze klęczeć?”. A ja uparcie mówiłam: „Muszę”. Po spowiedzi usiadłam sobie przed ołtarzem, taka wolna i spokojna. Konfesjonał to klinika. A na drugi dzień odbył się nasz ślub. Był ojciec Zbyszka, Piotrek i Tomek jako nasi świadkowie i siostry zakonne.

To taki kameralny ślub?

Bardzo. Nie pamiętam kompletnie nic: ani ceremonii, ani tego, że przyjmowałam Pana Jezusa. Potem nie odzywałam się, ale czułam się bardzo szczęśliwa. I tak zaczęło się wchodzenie w życie. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że Zbyszek ma raka. Najdziwniejsze było to, że mąż był bardzo spokojny w tym chorowaniu. Powiedział mi nawet: „Krysiu, ciesz się, bo Pan Jezus pozwala mi odejść pogodzonym z Nim. Nawróciłem się. Ty zostaniesz tutaj, bo jesteś silna i będziesz służyła Bogu”. Pierwsze takie prorokowanie, które usłyszałam, ale oczywiście wtedy nie wierzyłam, że do czegokolwiek Bóg mnie może wykorzystać. Zbyszek zmarł 26 sierpnia 1992 roku w święto Matki Bożej Częstochowskiej.

Wspomniała Pani, że w Łagiewnikach rozpoczął się proces Pani uzdrowienia. Przyjęło się jednak myśleć o uzdrowieniu jako o cudzie, który leczy ciało.

Myślę, że uzdrowienie wewnętrzne często idzie w parze z uzdrowieniem fizycznym. Dla mnie polegało ono na tym, że zobaczyłam zupełnie inny obraz świata i siebie, a przede wszystkim zaczęła żyć we mnie prawda, że Bóg faktycznie istnieje i bardzo mnie kocha. Nie jestem sama na świecie!

Śmieją się Pani oczy, kiedy o tym mówi.

Przecież to jest nasze bogactwo – to wszystko, co On nam daje, a przede wszystkim sama Jego obecność. Bóg codziennie przychodzi do nas po to, żeby nam powiedzieć: „O dojrzałość, którą ci daję, o każde słowo z Pisma Świętego, o każde rozważanie, o każdą modlitwę jesteś bardziej zdrowa”. Bóg chce naszego zdrowia, ale pragnie też byśmy współpracowali z Nim. My, którzy przyjmujemy tę łaskę zdrowia, mamy mieć świadomość, dlaczego chcemy być zdrowi. Po to, żeby sobie powiedzieć, że jesteśmy rześcy i radośni, czy po to, żeby rozpocząć służbę?

A czy doświadczyła Pani takiego fizycznego uzdrowienia z jakiejś choroby?

W 2009 roku dostałam krwotoku i trafiłam do szpitala. Okazało się, że mam nowotwór trzonu macicy i wszystko ma być usunięte, ale na razie nie można przeprowadzić zabiegu, bo mam 40% na przeżycie. Kiedy przyszłam na trzecią chemię, doktor zbadał mnie i powiedział: „Drodzy koledzy, to miejsce jest już operacyjne”. Zaczęła się dyskusja, że to niemożliwe. Zbadał mnie też profesor i potwierdził opinię poprzednika. 2 listopada przeprowadzono operację. I co się okazało, w ogóle nie cierpiałam, nic mnie nie bolało po zabiegu. Przyszedł nawet sam profesor do mnie, zobaczył te rany i zauważył: „To wszystko jest takie czyste, w ogóle dren niepotrzebny”. A to było 48 godzin po operacji. Bóg uzdrawia nas przez lekarzy. I tak zaczął się mój wielki powrót do zdrowia. Towarzyszyła mi, oprócz oczywiście modlitwy, taka ogromna Boża radość. Nigdy w życiu nie odczułam tak wielkiej opieki jak w czasie choroby. Podtrzymywała mnie wówczas modlitwa wielu osób i Msze św. Nigdy też nie nastąpiła we mnie taka przemiana wewnętrzna pod względem postrzegania drugiego człowieka i odwagi do mówienia: „Jest Bóg, który cię kocha, nie jesteś sama”.

*Imiona rozmówczyni i osób przywoływanych w wywiadzie zostały zmienione.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *