Dwumiesięcznik dla chorych

„Gang”, ale różańcowy!

Autor: , opublikowano: 27.10.2014

„Gang”, ale różańcowy!

O życiu w bliskości z Maryją, różańcu i cierpieniu. O tym, jak dziecięcy pomysł na „gang” zaowocował dziełem, które obejmuje 33 kraje i zrzesza 150 tysięcy dzieci. O radości bycia blisko Jezusa w cierpieniu z Magdaleną Buczek, założycielką Podwórkowych Kółek Różańcowych Dzieci, rozmawia Izabela Kisała.

Cierpienie nam coś daje, ale i odbiera, jest dla nas darem i zadaniem. Jak Ty, Magdo, przeżywasz swój krzyż? Też na coś chorujesz? Być może nie wszyscy Cię znają.

Spotykając się z innymi niepełnosprawnymi, uświadomiłam sobie, że mnie – osobie chorej od urodzenia – dużo łatwiej jest trwać w cierpieniu i je przyjąć. Urodziłam się z wrodzoną łamliwością kości. Są one bardzo kruche i miałam już ponad 30 złamań. Wygląda to zupełnie inaczej, gdy choruje się od urodzenia, niż gdy cierpienie i niepełnosprawność przychodzą później, na skutek wypadku czy innej sytuacji. Dziękuję Bogu za tę łaskę, że od samego początku potrafiłam przyjąć to, iż nie chodzę, lecz poruszam się na wózku. Wiem, że to cierpienie jest darem i łaską, które otrzymałam od Pana Boga, dlatego każdego dnia dziękuję za moją chorobę. Dzięki temu mogę być bliżej Niego i w każdej chwili ofiarować każde cierpienie Bogu Ojcu w jedności z Jezusem. To cierpienie ma sens, a ofiarowane Bogu może przynieść owoce. Teraz ich nie widzę, ale z pewnością Bóg ma w tym swój plan i owoce się pojawią.

Czy miałaś żal do Boga, że z powodu Twojej choroby coś zostało Ci zabrane i są sytuacje, których nigdy nie przeżyjesz?

Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Nie pytałam Boga, dlaczego tak jest. Myślę, że to dzięki wychowaniu i normalnemu traktowaniu mnie w domu przez rodziców. Nigdy choroba nie była barierą, która mnie ogranicza i oddziela. Przychodziły do mnie dzieci z sąsiedztwa. Owszem, wiedziałam, że nie mogą mnie mocniej dotknąć i musi być dystans między nami, ale umiałam sobie z tym poradzić. Mogłam się z nimi bawić i przebywać. Nie brakowało mi tego, że nie mogę np. biegać. Odczuwałam to też podczas całej nauki. Mimo że uczyłam się w domu, miałam swoją klasę i czułam się jej częścią. Nie byłam wyręczana w odrabianiu lekcji, lecz musiałam je zrobić samodzielnie. Dziękuję też Bogu za takie przygotowanie do życia; za to, że kolejne etapy mogłam przejść sama, bo dzięki temu było i jest mi łatwiej.

Mówisz, że przychodziły do Ciebie dzieci. Wtedy też zaczęło się coś ważnego, co jest częścią Twojego życia. Mam na myśli Podwórkowe Kółka Różańcowe Dzieci. Jak to się stało, że modlitwa różańcowa znalazła się w Twoim życiu i jak różaniec Cię poprowadził? W jaki sposób Maryja dokonała tego dzieła?

Różaniec odmawiam od trzeciego roku życia. Od tego momentu nigdy nie przestałam się modlić. Ta modlitwa od tego pierwszego momentu trwa do dzisiaj. Ona stała się moją ulubioną; tą, dzięki której zawsze otrzymuję pokój serca i wewnętrzną siłę do przeżywania swojego cierpienia. Stała się częścią mojego życia, każdego dnia. Szczególnie modlitwa z całą rodziną. W późniejszych latach zaczęły do mnie przychodzić dzieci z sąsiedztwa podczas wakacji. Spotykaliśmy się na moim podwórku i zawsze miałam przy sobie różańce, a mama wystawiała nam na parapet radio, byśmy słyszeli, kiedy jest Anioł Pański, różaniec czy koronka w Radiu Maryja. Wówczas przerywaliśmy zabawę, by się wspólnie modlić. I tak to funkcjonowało.

W lipcu 1997 roku dzieci przyszły już rano z taką propozycją, żeby założyć „gang”. Nie spodobało mi się to. Wtedy tak zupełnie spontanicznie zaproponowałam, czy nie byłoby lepiej założyć takie Podwórkowe Kółko Różańcowe Dzieci zamiast „gangu”. Ustaliliśmy, że będziemy odmawiali dodatkowo jedną dziesiątkę różańca po Koronce do miłosierdzia Bożego. Zgodzili się. I od tego dnia zaczęliśmy tak się modlić. Szybko zrobiłam im z papieru karteczki, które stały się legitymacjami, a każdy musiał się podpisać, by się nie rozmyślił. I tak ta nasza modlitwa trwała przez całe wakacje. Jedna z naszych intencji brzmiała: „O rozwój Podwórkowych Kółek Różańcowych Dzieci”. Moja mamusia, gdy słuchała tej intencji gdzieś tam w kuchni, to się dziwiła i mówiła: „Jaki rozwój? Takie koło sobie wymyślili, założyli i gdzie jaki rozwój?”. Ale to wszystko było prowadzone przez Matkę Bożą. Ona chciała, by takie dzieło powstało.

14 września tego samego roku byłyśmy z mamą na pielgrzymce i wstąpiłyśmy po drodze do Radia Maryja. Akurat był taki czas wolny na antenie, więc ojciec dyrektor zaprosił nas do studia i tam wypytywał o różne rzeczy. Chciał wiedzieć, co robiłam podczas wakacji. Odpowiedziałam, że założyłam Podwórkowe Kółko Różańcowe Dzieci, i wytłumaczyłam, na czym to polega. Bardzo mu się ten pomysł spodobał i poprosił, bym zachęciła dzieci na antenie do tworzenia takich kół. Tak to się wszystko zaczęło. Od tego momentu przychodziły do nas listy ze zgłoszeniami dzieci. Później w różny sposób informacja o kołach docierała do innych dzieci: przez Internet lub czasopisma, i tak to dzieło już przez 17 lat cały czas się rozwija.

Powiedziałaś, że mama zastanawiała się, jak się to będzie rozwijać. A jak dzisiaj wygląda struktura Podwórkowych Kółek Różańcowych Dzieci? Gdzie są te żywe wspólnoty? Czy jesteś w stanie jeszcze to jakoś ogarnąć? Nadal wycinasz te legitymacje?

Opowiadałam mojej siostrze Oli, gdy wróciła po studiach do domu, że coś takiego powstało, i pokazałam jej moje legitymacje. Stwierdziła: „Co to macie? Takie byle jakie. Zrobię wam porządne legitymacje”. I rzeczywiście zrobiła. Stały się one wzorem dla legitymacji, które są obecnie drukowane. Oczywiście nadal podwórkowe koła trwają, rozwijają się i powstają w szkołach, przy parafiach, ale też w rodzinach. Obecnie należy do nich ponad 150 tysięcy dzieci z 33 krajów. To trwa już 17 lat i widać owoce tej modlitwy w życiu osób, które wstąpiły do nich, będąc dziećmi. Teraz są to osoby dorosłe, które mają własne rodziny, ale też takie, które odkryły w sobie powołanie do kapłaństwa i życia zakonnego. Dzielą się ze mną swoimi świadectwami, jak Matka Boża prowadziła ich przez życie, pomagała im trwać i odkrywać drogę życiową. Ci, którzy założyli rodziny, nadal się modlą i zachęcają swoje dzieci do modlitwy. Jest to takie niesamowite, jak Maryja chroni i prowadzi każde dziecko, które oddało się Jej pod opiekę. Oczywiście są i tacy, którzy gdzieś się pogubili, ale wierzę, że Maryja w pewnym momencie wskaże im właściwą drogę i przypomną sobie o tej modlitwie, o różańcu. Może w tej najtrudniejszej chwili, gdy nie będą widzieć innego ratunku. Maryja nie pozwoli tak na zawsze zagubić się swojemu dziecku. Ona wyciągnie je z tego trudu, z tej złej drogi i poprowadzi do Jezusa.

A czym dzisiaj jest dla Ciebie różaniec?

Od samego dzieciństwa jest modlitwą, która daje niezwykłe umocnienie, pokój serca i zbliża do Jezusa oraz Maryi. W tajemnicach różańcowych każdy może znaleźć światło rozjaśniające jego sprawy, życie, konkretną sytuację. One pokazują mu, jak spojrzeć na swoje życie oczami Boga. Różaniec jest też modlitwą, która pomaga poznać Jezusa, Maryję, ich życie, troski, radości. W różańcu, tak jak w naszym życiu, przeplatają się tajemnice radosne, bolesne, chwalebne. Dzięki temu każdy z nas może w tych tajemnicach odnaleźć siebie. By umieć, jak Maryja przyjąć, odczytać i wypełnić wolę Pana Boga.

Gdybyś mogła zwrócić się do chorych, którzy cierpią tak jak Ty, co byś im powiedziała? Czy chciałabyś dodać im otuchy, wiary?

Przede wszystkim każdy musi sobie uświadomić, że cierpienie nie jest karą, ale łaską, błogosławieństwem. Jeśli w swoim życiu doświadczamy bólu, cierpienia, choroby, to znaczy, że Bóg ma wobec nas plan, misję do spełnienia i chce, byśmy się z Nim złączyli. To cierpienie, które przyjmujemy z miłością i ofiarowujemy Bogu Ojcu, ma naprawdę ogromną siłę i może wydać wielkie owoce nie tylko w naszym życiu, ale jest też potrzebne światu, grzesznikom dla ich nawrócenia i zbawienia. Nieraz jest tak, że cierpienie, które przeżywamy, pomaga nam zbliżyć się do Boga albo jest szansą dla kogoś bliskiego z rodziny, by umiał w tym odnaleźć Pana Boga, Jego plan. Najważniejsze, byśmy w swoim życiu pragnęli wypełniać wolę Bożą. Nie ma nic ważniejszego. On najlepiej wie, czego nam potrzeba, i Jego plan jest dla nas najlepszy. Tylko do nas należy zadanie, by tak jak Maryja zaufać Mu i starać się wypełniać w swoim życiu wolę Bożą. Cierpienie przeżywane z Jezusem ma sens i jest potrzebne Bogu, by mógł przez nas realizować swoje plany. Jest potrzebne dla zbawienia grzeszników i całego świata. Kiedy to sobie uświadomimy, wtedy odkryjemy, że ono nie jest karą, lecz łaską. Będziemy wtedy w stanie dziękować Bogu za cierpienie. Jeżeli cierpimy, to znaczy, że jesteśmy jeszcze bardziej umiłowani przez Boga. Jeszcze bardziej przez Niego wybrani. Dlatego niech żadne cierpienie się nie zmarnuje, ale będzie przez nas wykorzystane jak najlepiej, by przyniosło owoce.

Chce się powiedzieć tylko: „Amen”.

To powiedzmy: „Amen”.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *