Dwumiesięcznik dla chorych

Jak pójdziesz ze mną, to i chleb dostaniesz…

Autor: , opublikowano: 26.06.2017

Jak pójdziesz ze mną, to i chleb dostaniesz…

 

„Pan da na chleb…” – w kierunku przechodnia wyciągnęła się umorusana dłoń mężczyzny, którego ostatnie spotkanie z wodą i mydłem musiało mieć miejsce w niepamiętnych czasach, gdyż przechodnie profilaktycznie skręcali na drugą stronę ulicy, nie tyle widząc go, co wyraźnie czując z odległości kilku metrów. Ten jednak, odziany w długą pelerynę i stukający w krakowski bruk metalową protezą, nie tylko nie przeszedł na drugą stronę, ale wręcz sunął prosto na skrytego w niszy obdartusa.

„Jak ci na imię?” – zapytał. „Wojtek – odpowiedział biedak i zaraz pospiesznie powtórzył –Pan da na chleb…”. „Pieniędzy ze sobą nie mam, ale jak pójdziesz ze mną, to i chleb dostaniesz, i wodę, i mydło, a może nawet miejsce do spania się znajdzie, przecież już się zmierzcha…” – odpowiedział przechodzień, poklepując biedaka po plecach.

Panie Adamie, to już przesada!

Zaabsorbowani rozmową ani się spostrzegli, gdy znaleźli się na miejscu. Chłopak rozejrzał się, wchodząc do sieni. „No, doszliśmy, tu mieszkam” – powiedział przechodzień, zamykając za sobą drzwi do kamienicy. Ale nie dane im było spokojnie wejść do mieszkania…

„Panie Adamie, to już przesada! Trzeci w tym tygodniu, jeśli dobrze liczę, i to jeszcze…” – tu schodzący z naprzeciwka sąsiad znacząco chwycił się za nos. „Ja rozumiem – kontynuował – trzeba pomagać. Jestem dobrym katolikiem i Polakiem, ale gdzieś są granice wspierania tych darmozjadów, za uczciwą robotę się nie wezmą, tylko z cudzej pracy chcą żyć…”.

„Widzi pan, panie sąsiedzie, według moich obserwacji człowiek, który jest bez odzieży, bez dachu i kawałka chleba, może już tylko kraść albo żebrać dla utrzymania życia; w tym bowiem nędznym stanie najczęściej do pracy nie jest zdolny ani mu też łatwo pracy znaleźć przychodzi” – odpowiedział łagodnym głosem Adam Chmielowski, bo to on był owym tajemniczym dobrodziejem.

Nie dziwił się sąsiadowi. Od jakiegoś czasu jego pracownię malarską dzieliła na pół kotara, za którą mieszkali, jak to mówili sąsiedzi, ludzie „podejrzanego autoramentu”, ale jeszcze kilka lat temu sam taki pomysł uznałby za dziwaczny i niedorzeczny. Z natury był bowiem perfekcjonistą, któremu niełatwo było dogodzić. Krytycznie nastawiony do siebie i innych, nie umiał ścierpieć najmniejszych objawów niedoskonałości, co pewnego dnia zaprowadziło go na skraj choroby psychicznej.

W nowicjacie jezuitów w Starej Wsi

Adam Chmielowski jako dojrzały, ale wciąż jeszcze młody mężczyzna, były powstaniec listopadowy i utalentowany malarz, zawitał cztery lata wcześniej, w 1880 roku, do furty klasztornej w Starej Wsi, pragnąc wstąpić do zakonu jezuitów. Był zniechęcony pretensjonalnością artystycznego świata, złaknionego ulotnej ludzkiej chwały, i dla tej chwały gotowego zapomnieć o wszelkich ideałach, dbającego o formę, a nie o treść. „Już nie mogłem dłużej znosić tego złego życia, którym nas świat karmi – pisał do Heleny Modrzejewskiej – nie mogłem już dłużej tego ciężkiego łańcucha nosić. Świat jak złodziej wydziera co dzień i w każdej godzinie wszystko dobre z serca, wykrada miłość dla ludzi, wykrada spokój i szczęście, kradnie nam Boga i niebo. Dla tego wszystkiego wstępuję do zakonu; jeżeli duszę bym stracił, cóżby mi zostało?”.

Niewytłumaczalny trans psychiczny

Postanowił zmienić życie radyklanie. W najdrobniejszych szczegółach. Od powstańczej młodości palił papierosy. Teraz postanowił zerwać z tym nałogiem. Przecież nie jest możliwe, żeby nie był w stanie poradzić sobie z taką drobnostką. Jego przełożeni łączyli z nim wiele nadziei. Wydawało się, że człowiek tak uzdolniony, o umyśle tak krytycznym, świetnie nadaje się do Towarzystwa Jezusowego. Wszystko zmienił jednak jeden spacer po parku. Leżący na ziemi niedopałek. Odruch. Łapczywe dopalenie. Reakcja natychmiastowa, nierefleksyjna. Reakcja człowieka uzależnionego, niewolnika swojego nałogu. To wystarczyło, by ambitnego człowieka, mierzącego wysoko i niegodzącego się na przeciętność zupełnie rozchwiać. Po przeszło półrocznym pobycie w nowicjacie Adam popadł w tak głęboką melancholię, że przez pewien czas musiał przebywać w zakładzie dla psychicznie chorych w lwowskim Kulparkowie. Diagnoza brzmiała: „Hipochondria, melancholia, obłęd religijny, lęk, przeczulica psychiczna… Choroba wystąpiła zrazu z licznymi wyrzutami sumienia, potępieniem, niegodnością należenia do jezuitów”. „Byłem przytomny, nie postradałem zmysłów, ale przechodziłem okropne męki i skrupuły, i katusze najstraszniejsze” – tak mówił o tym okresie swojego życia. Wtedy jeszcze nie wiedział, że był to początek jego nawrócenia.

Przez chorobę do nowych narodzin

Mówiąc o nawróceniu, myślimy najczęściej o osobach niewierzących lub wielkich grzesznikach. Adam jednak był wierzący, nie żył w grzechach ciężkich, miał szczytne ideały. Chciałoby się zapytać: gdzie tu miejsce na nawrócenie? A jednak… Gdy po dwóch miesiącach lekarze oświadczyli, że nie są w stanie mu pomóc, Chmielowski zamieszkał u swego brata w majątku nad Zbruczem. Tam miało miejsce kluczowe spotkanie i przełom w jego powrocie do duchowej i psychicznej równowagi. W sierpniu 1882 roku spotyka proboszcza jednej z podolskich parafii katolickich, ks. Leopolda Pogorzelskiego, który nie tylko spowiada go, nie tylko pozwala mu korzystać ze swojej bogatej w dzieła mistyczne biblioteki, ale przede wszystkim pomaga zrozumieć prawdę o Bożym miłosierdziu. Do tej pory bowiem religijność przyszłego świętego to religijność prawa i zasługiwania, w której nie ma miejsca na zrozumienie dla słabości i ograniczeń. Dopiero odkrycie i doświadczenie Bożego miłosierdzia sprawiło, że pięć lat później – jak to sam ujął – umarł Adam Chmielowski, moralizator i krytykant, a narodził się Brat Albert, odkrywający w najbardziej pogubionych życiowo i moralnie nędzarzach umęczone oblicze Jezusa…

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *