Dwumiesięcznik dla chorych

Jesteś lekiem na całe zło

Autor: , opublikowano: 21.04.2014

Jesteś lekiem na całe zło

Danielek nigdy nie będzie chodził, mówił, bawił się z dziećmi na podwórku… Jego mózg został uszkodzony w sposób nieodwracalny w czasie porodu. Kiedy jego mama opowiada o tym Ewie Stadtmüller, nie potrafi powstrzymać łez.

 

Danielek ma siedmioro rodzeństwa. Wszyscy przyszli na świat zdrowi i silni, tylko on jeden urodził się ledwo żywy. Co się stało?

Kiedy poczułam skurcze, mąż natychmiast zadzwonił po pogotowie. Przyjechało dość szybko, ale zastanawianie się, czy odebrać poród w domu, czy jechać do szpitala, trwało długo. Zbyt długo. Nasz synek urodził się w karetce. Był w tak ciężkim stanie, że przyznano mu zaledwie jeden punkt w skali Apgar. Po kilku godzinach reanimacji trafił na intensywną terapię. Tam leżał cztery tygodnie pod respiratorem. Wypłakaliśmy wszystkie łzy, prosząc Boga, aby nam go nie zabierał. Kiedy usłyszeliśmy, jak ciężkie uszkodzenie mózgu wywołało jego niedotlenienie w czasie porodu, byliśmy załamani. Dlaczego nie mógł urodzić się w domu jak jego starsza siostra?

A więc nie byłby to pierwszy domowy poród?

Nie. Pan doktor, który pomógł przyjść na świat naszej córeczce, nie wahał się ani chwili. „Rodzimy tutaj” – oświadczył i po kilkunastu minutach z uśmiechem od ucha do ucha poszedł pokazać dzieciakom ich małą siostrzyczkę. Ależ było radości! Niestety Danielek nie miał tyle szczęścia. „Proszę nie przeć!” – usłyszałam. „Jedziemy do szpitala”. Do dziś żałuję, że posłuchałam.

Na pewno nikt nie chciał wyrządzić Danielkowi krzywdy. Niestety, stało się. Czy można wybaczyć taki błąd?

Wybaczyć można, ale zapomnieć się nie da. Kiedy widzę, jak inne przedszkolaki, równolatki Danielka, biegają, skaczą, grają w piłkę – serce mi pęka. Nie zazdroszczę nikomu, ale gdy patrzę na mojego synka, który z wielkim trudem obraca się na drugi bok… nie potrafię nie pytać: dlaczego? Dlaczego właśnie on?

Bywa, że takie pytania prowadzą do zgorzknienia i rozpaczy. Jak Pani się przed tym broni?

Kiedy jest mi ciężko, myślę sobie, że przecież mam za co Panu Bogu dziękować. Po pierwsze, Danielek jest z nami, choć kilka razy jego życie wisiało na włosku. Po drugie, jego choroba w pewien niepojęty sposób zjednoczyła i umocniła całą naszą rodzinę. Po trzecie, nie jesteśmy sami. Cały czas ktoś nam pomaga. Znajomi i nieznajomi. Do dzieci zawsze przychodzi święty mikołaj, w tym roku dostaliśmy wielką szlachetną paczkę. Brak mi słów, żeby wszystkim podziękować. Otacza nas naprawdę wielu ludzi, na których możemy liczyć.

Rodzina, sąsiedzi, koleżanki?

Nie tylko. Od pięciu lat jesteśmy pod opieką domowego Hospicjum dla Dzieci ALMA SPEI. Danielkiem zajmują się lekarze, którzy dobrze go znają i wiedzą, jak pomóc. Kilka razy w tygodniu przyjeżdżają pielęgniarki i rehabilitantki. Wszystko, co potrzeba, mamy w domu – specjalistyczny sprzęt medyczny, rurki, gaziki, leki. To dzięki hospicjum Danielek mógł wrócić do domu po długich dziewięciu miesiącach spędzonych w szpitalu.

To były chyba bardzo trudne miesiące…

Najtrudniejsze w moim życiu. Kiedy byłam przy Danielku, martwiłam się o pozostałe dzieci. Kiedy wracałam do domu, umierałam z niepokoju i tęsknoty za tym jednym, leżącym samotnie w szpitalnym łóżeczku. Wierzę, że gdy nie było mnie przy nim, Ktoś inny czuwał. Obrazek Matki Bożej Bocheńskiej przyniosłam do szpitala, kiedy Danielek walczył z bardzo groźną bakterią. Lekarze nie wierzyli, że wyjdzie cało z tej opresji. A jednak udało się! Nie zapomnę dnia, w którym przywieźliśmy go do domu. Dzieciaki nie posiadały się z radości. Nareszcie ich mały braciszek był razem z nimi.

Dzieci pomagają w opiece nad Danielkiem?

Kinga, chociaż ma dopiero sześć lat, potrafi wytrzeć braciszkowi nos, usunąć wydzielinę z rurki, nakarmić. Razem bawią się pluszakami, razem też oglądają bajki… „Mamusiu, to jest król” – mówi do mnie. „On wszystko wie”. Agnieszka podcina Danielkowi włosy, Karolina zabiera go na spacer…

Daniel nic nie mówi, ale wystarczy spojrzeć, jak zmienia się wyraz jego twarzy, kiedy z przedpokoju dobiegają znajome głosy.

Bardzo lubi, kiedy ktoś z nas bierze go na ręce, przytula, coś do niego mówi, coś pokazuje…

Opieka nad nieuleczalnie chorym dzieckiem przypomina trochę… rekolekcje zamknięte. Jak radzi sobie Pani z tym doświadczeniem?

Przy ośmiu dzieciakach nie ma zbyt wiele czasu na użalanie się nad sobą. Wiadomo, że czasem człowiek ma gorszy dzień, ale Danielek jest moim lekiem na całe zło. On ładuje moje życiowe akumulatory. Kiedy ma się gorzej, umieram ze strachu o niego, kiedy lepiej, chce mi się skakać z radości. Gdy się uśmiechnie, zapominam o zmęczeniu i gotowa jestem góry przenosić. To taki mój słodki ciężar, którego nie oddałabym za żadne skarby świata.

W pokoiku Danielka wciąż słychać idące cichutko Radio Maryja. Czy modlitwa pomaga Pani radzić sobie z codziennymi wyzwaniami?

W mojej rodzinie modlitwa zawsze była bardzo ważna. Mama pracowała ciężko, ale choćby padała na nos, pacierza nie odpuściła. Pilnowała nas z roratami, gorzkimi żalami, majówkami… Ogromnie jestem jej za to wdzięczna. Lubię modlić się sama, lubię też z innymi. Bardzo pomagają mi świadectwa ludzi, którzy opowiadają, jak Pan Bóg odmienił ich życie. Nasze też odmienia i za to Mu co dzień dziękuję.

Od pięciu lat Danielek pozostaje pod opieką domowego Hospicjum dla Dzieci ALMA SPEI, którego działalność można wesprzeć, ofiarując 1% podatku – KRS 0000237645, albo wpłacając pieniądze na konto: BGŻ S.A. 08 2030 0045 1110 0000 0155 0700, tytuł przelewu: Darowizna na cele statutowe.

Więcej informacji można znaleźć na stronie: www.almaspei.pl.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *