Dwumiesięcznik dla chorych

Matka łez

Autor: , opublikowano: 11.11.2013

Matka łez

W czasach, gdy dzięki zdobyczom techniki dokonujemy błyskawicznych operacji finansowych, w mgnieniu oka wysyłamy tysiące wiadomości i otrzymujemy na nie natychmiastowe odpowiedzi, a na wyciągnięcie ręki pozostają informacje z każdego zakątka ziemi, jej życiorys wydaje się mocno kontrastować z popularną rzeczywistością typu instant. Jednak św. Monika – bo o niej mowa – coraz częściej jest obecna w zabieganym świecie jako ta, która uczy cierpliwości opartej na niewzruszonej i prowadzącej do uzdrowienia wierze.

Symbol nadziei i pocieszenia

Chociaż dzisiaj niemalże całą wiedzę na temat życia św. Moniki czerpiemy z zapisków jej syna Augustyna, to jednak nie kto inny, jak ona sama napisała swój życiorys, kreśląc jego wyraźne ślady w sercu i pamięci umiłowanego dziecka.

Monika urodziła się około 332 roku w należącym do prowincji Numidii północnoafrykańskim mieście Tagasta. Wychowana w chrześcijańskim duchu od najmłodszych lat poszukiwała wyższych wartości, świadomie rezygnując z marności świata i jego pychy. Rodzice wpoili swej córce najpiękniejsze ideały: głęboką modlitwę oraz miłość wyrażaną w służbie najuboższym. Często poświęcała zatem długie godziny na rozmowę z Umiłowanym, czego owocem była opieka nad ludźmi w podeszłym wieku, ciężko chorymi oraz podróżującymi. W ten sposób autentycznie realizowała swoje życiowe powołanie, które zostało zapisane w jej imieniu, będącym symbolem wielkiej nadziei i pocieszenia. W tym momencie nie wiedziała jednak, że na przestrzeni całego swego życia, mocą swojej wiary i modlitwy, tak wielu ludziom przyniesie uzdrowienie. Jednak droga wiodła przez ciernie…

Pierwsze zwycięstwo

Chociaż Monika była chrześcijanką, jej rodzice zaślubili ją z Patrycjuszem, który był poganinem. W dodatku jego temperament znacząco różnił się od charakteru Moniki, dlatego też w swym małżeństwie często spotykała się z niezrozumieniem dla religijnych postaw wiary, którym poświęcała swoje życie. Niejednokrotnie było to powodem jej wewnętrznego rozdarcia i cierpienia. Mimo wszystko ufała jednak, że inspirowana wiarą cierpliwość wyda owoc nawrócenia jej męża.

I tak się stało…! Po 18 latach małżeństwa Patrycjusz przyjął chrzest. Gdy w następnym roku umierał, czynił to w pełnej świadomości zasług Moniki dla jego nawrócenia i małżeńskiej jedności. Jednak droga nadal wiodła przez ciernie…

W ręku Wszechmogącego

Sen z powiek św. Moniki spędzał wciąż nierozwiązany problem grzesznego życia jej pierworodnego syna Augustyna. Smutek i ból matki były ogromne, tym bardziej, że w wyniku osobistego doświadczenia duchowego była przekonana o tym, że właśnie to dziecko stanie się odpowiednim narzędziem w ręku wszechmogącego Boga. Gdy zatem w pierwszych latach jego życia uczyła go modlitwy, umiłowania prawdy i wyższości wartości ducha nad światem materii, nie sądziła, że tak wiele będzie musiała jeszcze uczynić, by usłyszane przed laty słowo prawdziwie stało się ciałem.

Zamknięte drzwi

A miało być inaczej… Uzdolniony Augustyn, by stać się prawdziwym człowiekiem nauki i kultury, wyjechał do Kartaginy. Tam chciał zdobyć wiedzę i pomnożyć swe talenty. Niestety, gdy wrócił do Tagasty, stało się jasne, że jego serce jest już zaślubione. Wybranką okazała się bardzo popularna wówczas sekta manichejczyków.

Od tego momentu Augustynowi nie po drodze były już wartości chrześcijańskie oraz zasady, które wyniósł z rodzinnego domu. Monika cierpiała… W celu nawrócenia syna i jego opamiętania odmówiła mu nawet zamieszkania w ich dotychczasowym domu. Zrezygnowała z tego dopiero wtedy, gdy została dotknięta światłem z wysoka. W swych Wyznaniach Augustyn opisuje to w następujący sposób: „Śniło się jej mianowicie, że stoi na drewnianej belce do mierzenia, a oto kroczy ku niej młodzieniec jaśniejący i uśmiecha się do niej radośnie, chociaż ona była przygnębiona i smutna. Zapytał ją, dlaczego tak się smuci i każdego dnia tyle łez wylewa (nie jakoby nie wiedział, lecz po to, aby jej coś potem oznajmić, jak zwykle się dzieje w widzeniach). Gdy odpowiedziała, że nad zgubą moją płacze, kazał jej, żeby była spokojna i żeby przypatrzyła się uważnie: niech zobaczy, że gdzie jest ona, tam i ja jestem. Gdy spojrzała, zobaczyła, że stoję przy niej na tej samej belce” (III, 11).

„Syn tylu łez”

Od tego wydarzenia musiało upłynąć jednakże jeszcze wiele długich lat, by Augustyn przyjął chrzest i prawdziwie się nawrócił. Przez ten czas Monika była blisko swego syna, podróżując za nim wszędzie tam, dokąd sam wyruszał… Wzruszające jest to matczyne świadectwo, które w przypadku Moniki inspirowane było wewnętrznym przekonaniem o tym, że jeżeli straci syna z oczu, nie będzie już dla niego żadnego ratunku.

W tym cichym, lecz płonącym wiarą pielgrzymowaniu dotarła za Augustynem także do Rzymu i Mediolanu. W stolicy Lombardii spotkała biskupa Ambrożego, przed którym otworzyła swoje serce i usłyszała znamienne słowa, które później okazały się proroctwem: „Matko, jestem pewien, że syn tylu łez musi powrócić do Boga”.

I tak się stało…! Ambroży wypowiadając proroctwo, stał się jednocześnie narzędziem w rękach Boga, by je doprowadzić do pełnej realizacji. Pod jego wpływem dokonało się nawrócenie Augustyna, który w wielkanocną uroczystość w 387 roku przyjął chrzest.

Uzdrowienie przyszło przez wiarę

Po latach – patrząc z perspektywy czasu – Augustyn zwracając się do Boga, napisał: „Czymże to można wytłumaczyć, jeśli nie tym, żeś głosu jej serca wysłuchał?” (Wyznania, III, 11).

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *