Dwumiesięcznik dla chorych

Największą nagrodą jest życie!

Autor: , opublikowano: 20.11.2013

Największą nagrodą jest życie!

Z mężczyznami niełatwo rozmawia się o uczuciach. Kiedy przyszłam do Domu św. Brata Alberta przy ul. Saskiej 9a w Krakowie, by porozmawiać z tymi, którzy doświadczyli w swoim życiu bezdomności, było tak samo. Nie zgodzili się na zdjęcia, na podanie imion, niechętnie mówili też o najbliższych, samotności i pragnieniach.

Teraz już z górki

Pierwsza próba rozmowy zakończyła się dość szybko. Mężczyźni byli zbyt zaskoczeni, by natychmiast usiąść i opowiadać o tym, co nawet po wielu latach jest bolesne i trudne. Mówili, że teraz nie jest dobry czas, że może innym razem, że będzie ich więcej. Zaproponowałam, że przyjdę za kilka godzin. „Umowa stoi” – usłyszałam.

Na spotkanie przyszło trzech mężczyzn. W domu mieszka ponad czterdziestu. „Przepytywanie” zaczął jeden z nich! „O czym pani chce rozmawiać? Gdzie to będzie?” – zapytał dość odważnie. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że chcemy to tutaj opublikować. „A… to ja nie wiem… Ja tam nie chcę być popularny. Mnie to już nie rajcuje. Mam 63 lata, już mam z górki” – zawahał się drugi, chyba najbardziej rozmowny.

„Ile lat już nie pijecie?” – tym razem to ja zaczęłam. „Dwanaście. W następną sobotę będzie dokładnie dwanaście”. „Dycha!” „Piętnaście lat…” – każdy z nich spuścił wzrok, chyba wciąż jeszcze nie dowierzając temu, co przeszli. Dla mnie te liczby zabrzmiały imponująco. „Niezły jubileusz” – odrzekłam. A wtedy rozległo się głośne: „Największą nagrodą jest życie!”.

Czas wyboru

„Wódka dokopywała mi ponad trzydzieści lat. Wie pani… Najwyraźniej dokopała mi tak bardzo, że już miałem tylko jeden wybór: albo do piachu, albo się ogarnę. Instynkt życia jednak był silniejszy, jeszcze mi się nie spieszyło do św. Piotra. Teraz też mi się nie spieszy, choć rok temu wykryto u mnie raka złośliwego. Gdy byłem pijany, to było mi wszystko jedno. Mogłem być śmierdzący, brudny, zapchlony, ale teraz nie chcę się wstydzić. Nie mam czego. Teraz jestem trzeźwy! We wrześniu będę miał badania. Mogę wierzyć, że będzie dobrze, ale jak jest? Nie wiem, nie znam się. Lekarze się znają, to mi powiedzą, co tam się podziało z rakiem, czy już się go pozbyli, czy nie. Nie chcę jeszcze umierać” – powiedział ten najbardziej rozmowny. Nagle włączyli się pozostali: „Alkohol zaburzył u nas prawidłowy rytm życia. To on ten rytm życia wyznaczał. Straciliśmy domy, rodziny, pracę. Więc trzeba było przyjąć warunki, jakie panują tutaj, jeśli chcieliśmy odzyskać swoje życie”.

Szybko poszło

Ten z dwunastoletnim stażem abstynencji mówił tak: „Przedziwne jest to, że tak jak szybko oddalałem się od Boga, tak samo szybko zacząłem coraz bardziej pić. Niemal równocześnie. I zacząłem się wstydzić przed Chrystusem, że taki jestem. I odwróciłem się od Niego. Taka jest moja historia, za kolegów się nie będę wypowiadał. Wiadomo, że każdy z nas był bezdomny, wielu z nas piło (bo nie wszyscy), ale u mnie szybko poszło. Odszedłem od Boga, przyszedłem po alkohol. On rozwiązywał wszystkie problemy. Właściwie to tak… Jak piłem, to problemów nie było. Myślałem, że panuję nad swoim życiem, a było zupełnie na odwrót. To wóda panowała nade mną”. „A rodzina? Co z nią?” – zapytałam nieśmiało. „Mnie się wydawało, że piłem za swoje. Że tylko siebie krzywdziłem. Nie przeszkadzało mi to, zresztą wtedy było spore przyzwolenie społeczne na alkohol, nawet w pracy. Byliśmy niewolnikami systemu. Jak robotnik się upił, to władza mogła nim rządzić. Ileż razy dostawaliśmy flaszkę w zakładach od szefa. Okazja zawsze się znalazła. Mnie jako brata, jako syna coś obowiązywało! A ta wóda była tak perfidna, że wszystko mi z głowy wyczyściła. Jak piłem, to byłem daleko od bycia człowiekiem. Nawet bym powiedział, że niektóre zwierzęta potrafiły się lepiej zachować niż ja. Teraz to wiem, że jestem człowiekiem, mam godność. A wtedy? Szkoda gadać…” – wspomina.

„Czy nikt was nigdy nie wysyłał na jakąś terapię, odwyk? Chyba ludzie widzieli, co się dzieje?” – zaczęłam pytać z niedowierzaniem. „Jak kiedyś był jakiś komitet antyalkoholowy w mieście czy gminie, to w nim zasiadali ci, co sami mieli problem z wódką” – bez zastanowienia odpowiedział jeden z nich. „Było takie przyzwolenie rządu na to wszystko. Albo się dwa dni piło i miesiąc biedowało, albo się po prostu biedowało. Bez picia. Tak źle i tak niedobrze. No to w wódkę się szło, żeby rozwiązać problem. Dziś jest zupełnie inaczej. Dzisiaj już wiadomo, że alkoholizm to jednostka chorobowa i można to leczyć. A wtedy? Jak się nie piło, to się było podejrzanym. Takie powiedzenie chodziło za człowiekiem, że jak nie pijesz, to albo jesteś z ORMO, albo jesteś trędowaty”.

Opuszczenie

Chwilę później najstarszy z nich zaczął opowiadać swoją historię: „Kiedy moi rodzice żyli, to ja też jeszcze żyłem tak po ludzku. A później to opuściłem wszystko. Zacząłem pić, nie pilnowałem domu, wyszedłem z wojska, brat się ożenił, każdy poszedł na swoje. Zostałem sam. A samemu to dziwnie, nudno. Z nudów zacząłem pić. Było mi wstyd, więc zostawiłem rodzinne strony. Wyjechałem na Śląsk, zmieniałem co chwilę robotę, wszystko przepijałem. Myślałem tylko, żeby zarobić i przepić. Różnie bywało. W 1997 roku znalazłem się w Krakowie. Kolega od trunków powiedział mi, że są tu albertyni, i zaprowadził mnie do nich. Cóż z tego, skoro wzruszyłem ramionami i wyszedłem? Miałem trochę pieniędzy, to nie chciałem pomocy. Przepiłem. Dopiero na drugi dzień wróciłem. To była Wigilia, pamiętam jak dziś… Przed tym schroniskiem to bywałem, gdzie tylko się dało: na dworcach, w kanałach albo wsiadałem w pociąg i ruszałem w trasę gdziekolwiek… Nieważne, czy święta czy nie. A teraz? Po co pojadę do rodziny? Oni mnie tak naprawdę nie znają. Owszem, gdybym zadzwonił albo przyjechał, zostałbym przyjęty. Ale ta rozłąka, te wszystkie wydarzenia… To już trwa czterdzieści lat. Dzieci mojego rodzeństwa chyba nic o mnie nie wiedzą. Jesteśmy sobie obcy. Czas robi swoje”. „Do samotności można się przyzwyczaić” – wtrącił inny. „Kontakty przy alkoholu zastępowały kontakty z rodziną” – dodał kolejny. „Jak miałem jeszcze dom na Podlasiu, to pewnego razu przyjechała do nas moja siostra na urlop. Robiła mi wyrzuty, że ona raz na rok przyjeżdża i nawet nie ma jak ze mną czasu spędzić, bo byłem cały czas naprany. Tego się nie da inaczej nazwać. A ja jej kompletnie nie rozumiałem. Mówiła coś o pomocy. A ja nie chciałem pomocy. Chciałem się napić. To pragnienie skutecznie zagłuszało jej słowa. Na szczęście do czasu”.

Przegra każdy, kto nie walczy

To był trudny moment spotkania, więc od razu rozmowa wróciła na bezpieczne tory. Znów opowieść toczyła się wokół tego, z czego można się cieszyć – wokół wygranej z nałogiem: „Próbowałem wcześniej zerwać z alkoholem. Myślałem, że jak zmienię robotę, otoczenie, to to samo odejdzie, bez walki. Ale nie dało się, bo ta wóda była we mnie. We mnie był ten problem i ta choroba. Bo alkoholizm to uzależnienie, choroba. Tak jest i inaczej nie będzie. A dziś? Dziś wiem, że mogę nad tym panować i nałóg nie musi być silniejszy ode mnie. Od nas. I na koniec powiem pani jedno: z alkoholem przegra każdy. Każdy, kto nie walczy”.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *