Dwumiesięcznik dla chorych

Nic wielkiego

Autor: , opublikowano: 21.08.2013

Nic wielkiego

Pisanie o wolontariacie to tak jak czytanie książki bez jej otwierania. W moim przekonaniu wolontariat to po prostu konkretne działanie. Interesowne, ale niezarobkowe. Nie oznacza to jednak, że nie czerpiemy korzyści z tego, co robimy.

Dawanie = branie?

Istnieją bowiem korzyści materialne i niematerialne. W tym drugim przypadku jest to np. poczucie satysfakcji, spełnienia czy dowartościowanie. Przez kontakt z drugim człowiekiem, który potrzebuje pomocy, zyskujemy też wiele więcej: świadomość, jak wiele otrzymaliśmy. Takie spotkanie z cierpieniem czy chorobą rzuca inne światło na nasze życie. Pozwala nam dostrzec to, czego dotychczas nie dostrzegaliśmy, a czego być może nie mają inni. Uświadamiamy sobie, że sprawne ręce i nogi, wzrok i słuch to nie jest coś oczywistego, co nam się z natury należy. Zmienia się nieco nasze konsumpcyjne czy roszczeniowe nastawienie do życia.

Pomoc drugiemu człowiekowi jest więc nie tylko dawaniem, ale też braniem. Brzmi egoistycznie, ale w gruncie rzeczy trudno nie przyznać temu stwierdzeniu racji. Uważam, że za każdym czynem człowieka kryje się jakaś głębsza motywacja. Trudno jest robić coś bez określonego celu.

Spontaniczna decyzja

Swoją przygodę z wolontariatem rozpocząłem jako student. W zasadzie trudno mi określić, dlaczego zdecydowałem się pomagać. Wśród moich znajomych nie było żadnej osoby, która zachęciłaby mnie do niesienia pomocy drugiemu człowiekowi. W moim życiu nie wydarzyło się nic, co mogłoby skierować mnie na drogę wolontariatu. To było spontaniczne. Któregoś dnia zwyczajnie poczułem, że dobrze byłoby pomóc drugiemu człowiekowi. Napisałem maila do Sekcji Wolontariatu ASK Soli Deo. Po kilku dniach oczekiwania otrzymałem odpowiedź, że osoba na wózku potrzebuje pomocy w dojechaniu na rehabilitację.

Tak się zaczęło. Początkowo byłem przekonany, że będzie to raczej pomoc jednorazowa (Kiedy piszę ten tekst, mija trzeci rok mojego doświadczenia z wolontariatem). Wracając z rehabilitacji, zostałem zapytany, czy można na mnie liczyć następnym razem. Szczerze mówiąc, nie planowałem tego, ale głupio mi było odmówić. Zostałem i jakoś się trzymam.

Zacząć od siebie

Jeżeli mam być szczery, to ofiarowanie czasu drugiemu człowiekowi nie jest nadzwyczajnym wyrzeczeniem (choć czasami może mi się tak wydawać z racji mojej pychy). Często przypisuję swoim czynom przesadną moc sprawczą, ale tak naprawdę nie robię nic wielkiego. Moja pomoc polega na przesadzaniu osoby na ubikację, przygotowaniu obiadu, czasem wyjściu po zakupy czy do urzędu. Co w tym nadzwyczajnego? To przecież zwykłe codzienne czynności. Nie chciałbym znaleźć się w sytuacji, w której nie mógłbym ich wykonywać. Zrozumienie drugiej osoby przez próbę wejścia w jej sytuację jest kolejnym czynnikiem, który motywuje mnie do pomagania. Skoro ja mogę swobodnie wybrać się do urzędu, dlaczego ktoś miałby być tej możliwości pozbawiony?

Chciałbym zaznaczyć, że nie zawsze jest mi łatwo pomagać. Zdarzają się przecież chwile wypalenia, zmęczenia czy nawet zwątpienia w sens poświęcania swojego czasu drugiemu człowiekowi. Z drugiej strony czuję jednak, że porzucenie tego byłoby tchórzostwem i egoizmem. Wiem, że to, co robię, ma sens, choć czasami wydaje mi się, że jest to strata czasu albo że inni zrobią to za mnie. Nie zrobią. Najpierw trzeba zacząć od siebie i zastanowić się, co ja mogę zrobić, a nie, co inni mogą zrobić za mnie.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *