Dwumiesięcznik dla chorych

Ojciec trędowatych

Autor: , opublikowano: 19.08.2012

Ojciec trędowatych

Otworzył list, z którego dowiedział się, że tam, gdzie się znajduje, powinien pozostać tak długo, jak podpowiada mu to jego sumienie… Inaczej mówiąc – to rozkaz! Taki był początek najpiękniejszego zaproszenia do ofiary z siebie w służbie najuboższym, którego adresatem był o. Damian de Veuster.

Sanktuarium powołań

Późniejszy misjonarz wyspy Molokai na Hawajach urodził się 3 stycznia 1840 roku w zamożnej rodzinie flamandzkich rolników, otrzymując na chrzcie imię Józef. Przeniknięte miłosierdziem i chrześcijańskim wychowaniem domowe ognisko państwa de Veuster stanowiło naturalne środowisko, w którym dojrzewały nowe powołania kapłańskie i zakonne. Codzienna, gromadząca wszystkich domowników, wieczorna modlitwa, czytane Żywoty świętych i szczególna cześć oddawana Dziewicy Maryi i św. Józefowi stały się dla belgijskich dzieci ewangelicznym ziarnem, które wpadłszy w glebę ich młodzieńczych serc, miało przynieść plon obfity.

Pierwszym wyrazem tego zasiewu były wstępujące do Urszulanek w Tildonk dwie siostry Józefa, a także starszy brat August, który odkrył swoje powołanie w Zgromadzeniu Najświętszych Serc Jezusa i Maryi w Louvain. To samo pragnienie w 18. roku życia wyjawił swoim rodzicom Józef, który nie mogąc spędzić wspólnie z nimi świąt Bożego Narodzenia, napisał: „Wszyscy powinniśmy obierać ten stan, do którego przeznaczył nas Bóg, abyśmy mogli być na wieki szczęśliwi”. On sam myślał oczywiście o Bożym wezwaniu, na które – mając błogosławieństwo rodziców – pragnął hojnie odpowiedzieć.

Pomimo bólu rozstania i spoczywających na młodszym synu rodzinnych oczekiwaniach ojciec, widząc ogromny entuzjazm i determinację Józefa oraz dostrzegając w tym Boży zamysł, wyraził zgodę na jego wstąpienie do sercanów w Louvain. Od tego momentu bracia de Veuster ponownie zamieszkali razem, dzieląc się radościami i troskami zakonnego życia, a także snując marzenia o wielkich, misyjnych wyprawach.

Prawdziwe życie

Niezwykle ważnym wydarzeniem dla misyjnego zapału o. Damiana okazało się złożenie ślubów wieczystych 7 października 1860 roku w Paryżu, a szczególnie moment, w którym przez swoich przełożonych został okryty czarnym kirem na znak codziennego umierania dla świata. Damian prawdziwie uwierzył, że tylko przez przyjęcie śmierci będzie mógł odkryć w sobie prawdziwe życie.

Głębia tego wewnętrznego doświadczenia spowodowała, że po powrocie do Louvain, nie ukończywszy jeszcze filozoficzno-teologicznych studiów, zaczął nalegać, by udzielono mu pozwolenia na misyjny wyjazd na Hawaje, który wówczas przygotowywano. Pozytywna odpowiedź ze strony ojca generała sprawiła, że 9 listopada 1863 roku wraz z kilkoma misjonarzami wypłynął z portu w Bremerhaven, zostawiając za sobą swe dotychczasowe życie. Ten przełomowy moment „wypłynięcia na głębię” sprawił, że Damian już wkrótce stał się pionierem Ewangelii na hawajskich wyspach oraz, czego zupełnie się nie spodziewał, sługą najuboższych – trędowatych z Molokai.

Molokai

„Jeżeli jakiś szlachetny, chrześcijański kapłan (…), poświęci swoje życie w służbie trędowatym, jego królewska dusza będzie na wieki świeciła na tronie umiłowania człowieka” – te wzruszające i ponadczasowe słowa Waltera Gibsona, wybitnego polityka, które można było przeczytać w hawajskiej prasie na miesiąc przed przybyciem na Molokai o. Damiana, okazały się prorocze. Teraz, trzynaście lat od złożenia profesji wieczystej, owo głębokie doświadczenie Boga przechodziło najwyższą próbę.

Doprowadzone do ruiny ciała, spustoszone i toczone przez bakterię trądu ludzkie twarze, nieustanny kaszel i odór powodowały, że każdy wchodzący w kontakt z trędowatymi doznawał szoku i przerażenia. Ojciec Damian był szczególnie poruszony, gdy ta straszliwa choroba dotykała dzieci. Widok człowieka wyłączonego ze społeczności ludzkiej wywierał na nim tak mocne wrażenie, dlatego że w każdym człowieku dostrzegał przez wiarę Boże dziecko. To także było powodem, dla którego od samego początku głosił bezcenną wartość każdego życia i jego śmierci.

W swej misji nie ograniczał się tylko do zabiegania o zbawienie ludzkiej duszy, lecz zgodnie z ewangelicznym ideałem pozostawionym przez Mistrza z Nazaretu opiekował się chorymi, myjąc ich ciała, zmieniając opatrunki, sprzątając pokoje i ścieląc łóżka. Miłość o. Damiana objawiała się przede wszystkim w radości, z którą wychodził do potrzebujących. Poprzez swoją postawę nie zamykał chorych w jednokierunkowym spojrzeniu na życie, lecz ucząc ich uprawy roli, hodowli zwierząt, gry na instrumentach i śpiewu, rozbudzał nadzieję na lepsze jutro. To głębokie pragnienie służby, które wyrażało się w niezwykłej kreatywności o. Damiana, dotknęło serc trędowatych do tego stopnia, że na Molokai zamiast rozpaczy i przygnębienia zapanowało prawdziwe poczucie sensu życia.

Trędowaty pośród trędowatych

Ojciec Damian oddał się bez reszty służbie ludziom, dzieląc z nimi całe swoje życie. Po jedenastu latach pracy pośród trędowatych, sam stał się jednym z nich. Tym razem wstrząsająca diagnoza nie wyobcowała go ze społeczeństwa, lecz sprawiła, że wielu ludzi zaczęło okazywać mu swoją solidarność, umacniając go w dźwiganiu krzyża, którym Pan raczył go przyozdobić. W Wielkim Tygodniu, 15 kwietnia 1889 roku, odchodząc do Ojca, odwzajemnił tę miłość, zostawiając nam najcenniejsze swoje słowa: „Jak słodko jest umierać, będąc dzieckiem Najświętszych Serc”.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *