Dwumiesięcznik dla chorych

Pachnący chleb nadziei

Autor: , opublikowano: 18.03.2014

Pachnący chleb nadziei

Bracia albertyni, Kraków, ul. Krakowska 43. Stoję przed drzwiami, płaskorzeźba św. br. Alberta upewnia mnie, że to właściwy adres. Przed wejściem mała kolejka ludzi czekających na pomocną dłoń. „Być dobrym jak chleb” – dobrze znane słowa św. br. Alberta. Pewnie po to tutaj przyszli. Wchodzę na furtę, a pierwszą rzeczą, którą widzę, jest właśnie chleb. Dwa wielkie kosze pachnącego chleba. Kilku panów wygląda z ciekawości zza rogu – na szyi mam aparat. „Bracie, przyszedł” – furtian dzwoni do Brata.

Brat wita mnie serdecznie. Kiedy idziemy gdzieś, by móc spokojnie porozmawiać, cały czas zagaduje on panów krzątających się po korytarzach. Zresztą sami garną się do rozmowy. Owym tajemniczym miejscem naszej rozmowy jest… gabinet lekarski. Dość nietypowe miejsce na rozmowę, ale czemu nie.

Wymagać dla rozwoju

Gdzie jestem? Ten dom pamięta jeszcze czasy br. Alberta – przełom XIX i XX wieku. Bo choć swoją działalność rozpoczynał gdzie indziej, ale to tu ostatecznie rozwinęło się jego dzieło. Przytulisko i kuchnia dla ubogich funkcjonowały już za jego czasów, on sam je prowadził. Jadał to, co dawał innym. Dbał o to, by jedzenie było zawsze dobre i smaczne. Nie szczędził na niczym. Święty Albert temu domowi poświęcił całego siebie. Tutaj też zmarł.

„Nikt nie jest lepszy od nikogo” – odpowiada mi Brat, gdy pytam o relację zakonników i panów mieszkających w przytulisku. „Tutaj jest duch rodzinności” – słyszę za parę chwil. Solidarność i życzliwość rzeczywiście widać na każdym kroku. Może to zaskakiwać, tym bardziej że w przytulisku mieszkają osoby z różnym wykształceniem, różnymi przeżyciami, doświadczeniami i zranieniami. „Bracia uratowali mi życie. I to dwa razy” – te lub podobne słowa słyszę kilkukrotnie. „Chcemy, jak br. Albert, dać im nadzieję. Aby pomagać, trzeba samemu mieć nadzieję” – kiedy Brat to mówi, jakaś iskra skrzy się w jego oczach, i patrzy gdzieś, gdzie nie sięga wzrok przeciętnego człowieka. „Aby pomóc im się rozwijać, należy pokazać im miłość. Należy też stawiać wymagania, ale są to wymagania dla ich rozwoju. I oni o tym wiedzą”.

To się samo zaczęło dziać

Pytam o br. Alberta. „O… To był idealista…” – Brat odpowiada mi w zamyśleniu. Adam Chmielowski był liczącym się malarzem z autorytetem, podróżował. Postanowił wstąpić do jezuitów. Jednak po pół roku pojawiły się problemy i odszedł. Był w beznadziejnym stanie, trafił do zakładu dla umysłowo chorych. Adama wyrwał stamtąd jego brat, u którego zamieszkał. Jeszcze przez pewien czas nie mógł się pozbierać. Jednak dzięki tamtejszemu proboszczowi stanął na nogi. „To był dla niego mocny kop” – opowiada dalej Brat. „Ten kop był takim momentem przełomowym. Gdy czytam jego listy, to to widać. Najpierw Adam chciał iść do Pana Boga o własnych siłach. Nie poradził sobie. Potem jednak spokorniał i zawierzył Opatrzności”. Adam wstąpił do Trzeciego Zakonu św. Franciszka oraz Konferencji św. Wincentego à Paulo. „I co?” – pytam. „Zaczął wtedy pracować z biednymi, potrzebującymi pomocy? Zaczął organizować przytulisko, kuchnię?” „Nie. Początkowo dalej chciał malować, ale tym razem dla Pana Boga. Potem zrozumiał, że nie tędy droga. Zaczęli przychodzić biedni… i to się samo zaczęło dziać” – odpowiada mi Brat. „Pan Bóg sam zaczął działać i Albert tak to odczytał – miał się zająć potrzebującymi”.

Na krakowski Kazimierz do braci albertynów przychodzą przeróżne osoby. Są te z wykształceniem podstawowym, magistrzy, ale nierzadko także i doktorzy; są samotni, ale i tacy, którzy mają swoje rodziny i starają się do nich wrócić. Dzięki pomocy świadczonej przez braci albertynów zmniejszyła się przestępczość – potrzebujący nie są pozbawieni środków do życia. „Pomagamy zgłaszającym się do nas także w ten sposób, że wyrabiamy im dowody osobiste, podleczamy, załatwiamy miejsca w szpitalach” – opowiada mi mój rozmówca. Mimo różnego pochodzenia i czasem różnych przekonań wszystkich łączy jedno – wspólna droga i wspólna nadzieja. Wiedzą, że szansę na lepsze życie mają dzięki braciom albertynom. „Czasem zdarzy się, że któryś przeklnie. Wtedy ktoś inny upomina go: «Nie przeklinaj, bo tu jest dom Boży»” – zauważa Brat. Panowie mają więc też świadomość, że za tym wszystkim stoi Jezus i Jego miłość.

Sami albertyni przyznają, że to nie oni są najważniejsi, ale Chrystus. Za każdą ich posługą idzie łaska Boża. „Strona ewangeliczna musi być najważniejsza” – mówi z przekonaniem Brat. „Najważniejszy jest duch Jezusa, duch Alberta. Oni nie chcą mojego poklepywania, ale Jezusa. Jak jest duch Boży, to my nie musimy się nawet o to zbytnio troszczyć, to samo się dzieje”. Cóż dodać?

Festiwal różnorodności

Do braci albertynów pukają przeróżne osoby. Są wierzący katolicy, są chrześcijanie innych wyznań, wyznawcy innych religii, ale są też i niewierzący. „Bracie, czy zdarzają się nawrócenia pod wpływem waszej działalności?” – pytam. „Tak. Dostałem ostatnio list. Pewien pan napisał, że to właśnie tu odnalazł Pana Boga. «To dom braci albertynów pomógł mi w dojściu do Pana». Chcesz, to ci przyniosę”. Grzecznie dziękuję, bo czuję, że informacji z naszej rozmowy będzie aż nadto.

„A co z postem?” – pytam. „Chodzi mi o Środę Popielcową i Wielki Piątek; co z mięsem w piątki?” „Trzymamy się wskazań Kościoła” – pada krótka odpowiedź. Post i wstrzemięźliwość dotyczą u albertynów tak samo katolików, jak i niekatolików, a nawet niechrześcijan.

„Jak wygląda sprawa ze świętami?” – ciągnę dalej. „Czy bracia organizują Wigilię dla ubogich, śniadanie wielkanocne?” „Tak. Mamy Wigilię, śniadanie wielkanocne”. Bracia organizują świąteczne posiłki dwa razy. Jeden dla wszystkich tych, którzy przyjdą, a drugi dla osób z przytuliska. „Nie wszyscy z przytuliska przychodzą, czasem idą gdzie indziej. Przeważnie jest u nas od 60 do 80 osób” – dodaje.

Pytam również, czy zmieniło się coś od czasów br. Alberta. „Trudne pytanie” – odpowiada Brat. „Chyba nie za wiele. Albert zawsze dbał o ubogich, jadał to, co oni. Powtarzał: «Aby pomagać biednym, trzeba być biednym»”. Albertyni czerpią z duchowości swojego założyciela pełnymi garściami. „Im więcej ducha Alberta, tym mniej dla siebie, a bardziej dla ludzi” – słyszę. „Bądź ostatni, służ, żeby cię nie widzieli. Do tego się dorasta”.

Chcę zobaczyć mieszkańców noclegowni, więc idę z Bratem na małą przechadzkę po przytulisku. Pierwszym punktem jest kuchnia. Spotykam tam pana krzątającego się przy kuchence. Gotuje podwieczorek. „Co tu dużo mówić” – odpowiada, gdy pytam o przytulisko. „Po prostu uratowali mi życie. I to dwa razy. To, co oni tu robią, to sprawy Boże. To są święci ludzie”. Te i podobne słowa odmienia przez wszystkie przypadki.

W drzwiach stoi inny mężczyzna. „To nasz szef kuchni” – mówi mi Brat. Myślałem, że jest to kucharz z zewnątrz, ale to jeden z mieszkańców noclegowni. „Mnie też bracia uratowali życie. Wychodzę na ludzi. Chcę wrócić do mojej rodziny”. Jak mieszka się u albertynów? Wszystkie pokoje w noclegowni są pięcioosobowe. Jeden z mieszkańców maluje, inny to wzięty majsterkowicz i elektryk. Na korytarzu spotykamy kolejnego mieszkańca przytuliska. Pisze doktorat z ekonomii na jednym z krakowskich uniwersytetów. Muszę przyznać, że doktoranta w noclegowni się nie spodziewałem.

„Byliśmy niedawno w Licheniu. Spotkaliśmy tam po 23 latach pana, który kiedyś u nas przebywał. Powspominaliśmy trochę. Najbardziej pamięta on duchowe przeżycia i to, że zbliżył się do Pana Boga” – opowiada Brat.

Nie wiem, co takiego było u albertynów, że jeszcze kilka dni po powrocie, kiedy siedzę i zbieram myśli, cały czas wraca to, co widziałem. Może to byli panowie z noclegowni, może Brat, może duch św. Alberta, może duch Boży? A może wszystko razem? A może to właśnie był sam Chrystus, bo tam dają spragnionemu pić, a łaknącemu jeść?

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *