Dwumiesięcznik dla chorych

Podróż za jeden uśmiech

Autor: , opublikowano: 10.09.2013

Podróż za jeden uśmiech

Spacerując czy goniąc za czymś konkretnym, napotykamy co dzień przedmioty, wydarzenia, krajobrazy, dźwięki, zapachy, smaki. Wiele z nich w ogóle umyka naszej uwadze bądź szybko ustępuje miejsca nowym, ważniejszym doznaniom. Podobnie bywa z ludźmi, obok których przechodzimy, nie patrząc im nawet w twarz. Bowiem twarz drugiego zobowiązuje, często czyni nas wręcz współwinnymi czyjejś krzywdy. Twarz to coś więcej niż wygląd czy maska. To bliźni.

Co łaska

Znamy to bardzo dobrze. Sytuacje niemal każdego dnia, w których ktoś wyciąga rękę o pomoc, a my nie za bardzo wiemy, co zrobić. Dać ponieść się empatycznym odczuciom czy raczej rozsądkowi, który podpowiada, że nie zawsze zamiary tych proszących są szczere i prawdziwe? Coś w nas woła przecież o to, że trzeba być człowiekiem, a jednocześnie zdajemy sobie sprawę, bo uczy nas tego doświadczenie, że naiwność nie popłaca. Ba, wyrachowanie wielu akwizytorów ludzkich krzywd i bied coraz częściej szyte jest tak grubymi nićmi, że na ich oferty mogą sobie pozwolić co najwyżej tylko bezkrytyczni bądź wielce zamożni współcześni samarytanie. Oni przecież, nawet mając gest, i tak właściwie nic nie tracą. „Wspomóż, bracie! Zbieram na kaca”. „Nie będę pana oszukiwał, dorzuć się pan na piwo!” Dorzucić się zatem czy nie?

Kopciuszek kontra popkultura

„Pewien człowiek schodził z Jeruzalem do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli” (Łk 10,30). Mówi się, że żyjemy w dziwnym świecie, w którym ci najbardziej potrzebujący pomocy często w ogóle o nią głośno nie wołają. Natomiast ci, którzy mogliby sobie sami świetnie dać radę, mają tupet zaczepiać nas niemal na każdym rogu centrów miast, wyciągając ręce po wsparcie. Łatwo zatem dojść do przekonania, że ryzyko bycia ewangelicznym inwestorem jest zbyt wielkie, bo że nieopłacalne – to rozumie się samo przez się. „Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął” (Łk 10,31-32).

Zainfekowani i jeden odporny

W chrześcijaństwie od wieków chrzczono to, co pogańskie. Ale nie wszystko dało się ochrzcić. Sporo również z tego pogaństwa pozostało w samych chrześcijanach. Jakbyśmy przejęli metody tych, z którymi „walczyliśmy” bądź nadal „walczymy”. Bałwochwalstwem trącą nadal nasze kalkulacje i wojenki z tymi pozostającymi poza, obok czy nawet wbrew jedynemu i świętemu Kościołowi. Powody i argumenty oczywiście są i najczęściej nie są nawet takie głupie czy bezpodstawne. Tylko czy nam tak wolno? „Pewien zaś Samarytanin, wędrując, przyszedł również na to miejsce. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go” (Łk 10,33-34). Gdzie zatem owe kalkulacje? Może kapłan i lewita faktycznie wiedzieli więcej? Może bezsprzeczną winą skatowanego nieznajomego były niezapłacone faktury, jakieś rodzinne porachunki? Może wcale nie był on taki biedny? Może mu się należało? Bo sam sobie na taki los zasłużył.

Ciekawy przypadek

Ale nie tego uczy nas owa ewangeliczna przypowieść. Nie tak zatem myśli Chrystus. Wybrzmi przecież za moment owe: „Idź, i ty czyń podobnie!” (Łk 10,37). Co innego faryzeusze. Oni zawsze chcą być pewni, że na inwestycji nie tylko nie stracą, ale więcej – pomnożą majątki i prestiż. Nie, nie chodzi wcale o to, że nie mamy prawa szukać pewności i słuszności naszego altruizmu ani o to, by finansowaniem kolejnych trunków skacowanym wagabundom uspokajać własne sumienia. Istotne jest bardziej to, by nie przejść, jak pierwsi dwaj idący tą samą drogą, „przypadkiem” obok człowieka w potrzebie. Człowiek staje się bliźnim bez przypadku. Bliźniego przypadkiem się nie spotka, ot w tym rzecz. Można spotkać człowieka, ale nie bliźniego. „Kto z tych trzech okazał się według ciebie bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?” (Łk 10,36). „Ten, który mu okazał miłosierdzie” (Łk 10,37). Każde dobro ma w sobie coś z heroizmu. Nie jest przypadkowe. Dlatego czasem trzeba zrobić coś doprawdy nieludzkiego, coś więcej niż zwyczajnie czyni człowiek, by naprawdę stać się człowiekiem, więcej – by stać się bliźnim.

Feniks z popiołów

Może zatem wcale nie trzeba aż tak kalkulować, sprawdzać, wymagać wyjaśnień? Może czasem lepiej „zgrzeszyć” naiwnym miłosierdziem niż zupełnym jego brakiem? Czy nie lepiej po prostu odpuścić, zwłaszcza wtedy, kiedy sytuacja sięga kresu, kiedy zagraża koniec, sama śmierć? Podać papierosa umierającemu na raka płuc? I nawet stracić, by pozyskać brata. „Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: «Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał»” (Łk 10,35). Znamy coraz bardziej wyrafinowane sposoby zgładzenia ludzi. Często można zabić drugiego człowieka, nawet go nie dotykając. Ale – jak uczy Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie – nie można mu pomóc ani go uratować bez pobrudzenia sobie rąk.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *