Dwumiesięcznik dla chorych

Powrót do przeszłości – drogą do wolności

Autor: , opublikowano: 26.10.2012

Powrót do przeszłości – drogą do wolności

Pani Anna Bartniak pochodzi z rodziny z problemem alkoholowym. Jak sama stwierdza: „Trudności, które przeżywała moja rodzina, stały się też moimi trudnościami. Próbowałam sama przez wiele lat porządkować swoje życie. Stało się jednak inaczej. Moje wewnętrzne uzdrowienie dokonało się dopiero dzięki ludziom, których spotkałam, i dzięki Bogu, z którym starałam się utrzymywać relację”. O swojej walce o lepszą przyszłość, zmaganiach z własnymi emocjami i odkryciu na nowo relacji z tatą opowiada ks. Radosławowi Warendzie SCJ.

Co to znaczy być Dorosłym Dzieckiem Alkoholika?

To jest takie określenie, które właściwie pierwszy raz usłyszałam, kiedy poszłam na terapię. Poczułam wtedy złość, bo pomyślałam sobie, że ja nie jestem żadnym DDA, zupełnie się z tym nie identyfikowałam. Skrót DDA oznacza osobę, która wychowała się w rodzinie z problemem alkoholowym.

Czy ci ludzie się czymś charakteryzują?

Mają specyficzne trudności psychologiczne, np. problem z nawiązywaniem relacji. Są mało asertywni. Nie potrafią dbać o swoje potrzeby, ale raczej starają się zadowolić wszystkich wokół.

A jakie trudności musiała Pani przezwyciężyć?

Głównie trudność w nawiązywaniu relacji z drugim człowiekiem. Bałam się ludzi, byłam zamknięta w sobie, odgradzałam się jakimś murem. Było też we mnie dużo smutku. Nie umiałam ani cieszyć się, ani bawić. Nie potrafiłam wyjść razem z przyjaciółmi. Byłam zamknięta w sobie, wypełniona smutkiem, przygnębiona. Takie stany nazywałam po prostu depresją.

Jak udało się z tego wyjść?

To trwało wiele lat. Pomogła mi modlitwa, która była tak naprawdę medytacją, rozważaniem Pisma Świętego. Moje życie zaczęło zmieniać się w momencie, gdy zaczęłam doświadczać, że Bóg jest obecny w moim życiu. Miałam 17 lat, za namową koleżanki związałam się z grupą duszpasterską. Przychodziłam na spotkania i dopiero wtedy zaczęłam się prawdziwie modlić. Wcześniej modlitwa była jedynie okazją do robienia wyrzutów Panu Bogu: dlaczego moje życie jest takie, a nie inne? Postanowiłam rozważać codziennie przez pół godziny fragment Pisma Świętego. Z czasem zaangażowałam się w „Szkołę modlitwy słowem Bożym” prowadzoną przez Salwatorianów. Wtedy też zauważyłam, że moja modlitwa dojrzewa. Słowo, które rozważałam, zaczęło bardzo konkretnie do mnie przemawiać. Odkryłam, że Bóg mówi do mnie, osobiście. Ma dla mnie wiele pozytywnych słów, które mnie budowały, niosły otuchę i nadzieję, że moje życie może być dobre, że nie jestem beznadziejna. Czułam, że Bóg pokrzepia mnie, mówiąc, że moje życie ma sens. Oczywiście nie polegało to na głaskaniu mnie po głowie, czasem były to słowa, które wskazywały drogę.

Wiele zmieniło się po śmierci mamy, wpadłam wtedy w duże przygnębienie. Był to czas wielkiego rozbicia, nie miałam na nic siły. Czasami po prostu wychodziłam z domu i błąkałam się po ulicy bez celu. Przywróciły mnie do równowagi dwie rzeczy: Eucharystia i pomoc psychologiczna – byłam na terapii dla Dorosłych Dzieci Alkoholików.

Na czym polega ta terapia?

To przede wszystkim spotkania indywidualne i grupowe z terapeutą.

Myślała Pani, że w pewnym momencie zacznie żyć od nowa, że przeszłość po wyprowadzeniu się z domu przeminie, że to będzie rozdział zamknięty, ale to się nie udało. Co pomogło w uzdrowieniu przeszłości, pogodzeniu się z nią?

Myślę, że pomogła właśnie terapia, która trwała w moim przypadku trzy lata. Wtedy wróciłam do tej przeszłości i spojrzałam na nią inaczej dzięki pomocy ludzi, z którymi wtedy rozmawiałam. Natomiast kiedy odeszłam z domu, zupełnie nie myślałam o swoim dzieciństwie. Po prostu starałam się uciec od tego wszystkiego.

A jaka była pierwsza myśl na słowa: „Warto iść na terapię”?

Pomyślałam, że poradzę sobie sama. I to też trwało 2-3 lata.

Co sprawiło, że jednak się Pani zdecydowała?

Ten silny kryzys po śmierci mamy. Kiedy tak mi się trochę świat rozsypał i widziałam, że nie mam siły, że potrzebuję pomocy drugiego człowieka. Myślę, że droga, którą obrałam, była dobra

A co Pani czuła, kiedy szła pierwszy raz na spotkanie?

Strach… Jednak teraz widzę, że był on niepotrzebny, bo nikt do niczego mnie tam nie zmuszał. To nie było tak, że ktoś na siłę chciał mnie zmusić do zwierzeń czy próbował cokolwiek mi wytłumaczyć i przekonać do czegoś. To wyglądało zupełnie inaczej. Pomoc tych osób polegała na tym, że dzięki nim mogłam lepiej zrozumieć siebie i swoje problemy. Sama mogłam dojść do konkretnych wniosków. Poza tym dzięki temu, że były to spotkania w grupach, człowiek przestawał się koncentrować tylko na sobie. Bo to tak jest – wydaje się nam, że tylko my mamy takie problemy, a okazuje się, że jest mnóstwo ludzi, którzy mają podobne, a może nawet jeszcze większe, i też się z nimi zmagają. To mi dużo dało. Świadomość, że nie walczę sama. Widziałam zmiany, które się dokonywały w tych osobach i to dla mnie też było ważne.

Czyli z jednej strony taka walka i odnowa duchowa, a z drugiej – sensowna pomoc psychologiczna. To jest dobre rozwiązanie?

Myślę, że tak, że jedno i drugie jest ważne i potrzebne. Dla mnie życie pozbawione relacji z Bogiem jest takie puste. Więź z Bogiem nadaje życiu głębię, sens i przynosi też radość i nadzieję.

Przed Bożym Narodzeniem zazwyczaj patrzymy na ładne, kolorowe choinki, zastawione stoły i wtedy czasem zastanawiamy się i myślimy, dlaczego u nas nie jest albo nie było tak samo. Czy ma Pani pretensje do kogoś, że dzieciństwo było takie, a nie inne?

Właściwie to nie tylko pretensje. Czułam złość, gniew, wręcz nienawiść do bliskich, do rodziców. Przed terapią nie uświadamiałam sobie tej złości, ale później zrozumiałam, że mam do niej prawo. To, że czuję złość, nie znaczy, że jestem zła i nie mogę przebaczyć moim bliskim. Wybaczenie nie oznacza bowiem tłumienia swoich uczuć ani mówienia, że nic się nie stało. Człowiek musi stanąć twarzą w twarz z prawdą, z tym wszystkim, co się wydarzyło, i dopiero wtedy podjąć decyzję o przebaczeniu.

Czy elementem tej terapii było spotkanie z tatą, przebaczenie w taki widoczny sposób, np. poprzez przytulenie się?

W terapii chodziło głównie o mnie, o moje uczucia, o uporządkowanie tego, co dzieje się we mnie. Mogę jednak powiedzieć, że później moja relacja z ojcem poprawiła się, zmieniła się na lepsze. Potrafiłam więcej mówić o swoich uczuciach, o tym, co mi się w nim nie podoba. Przez to ta relacja stała się bardziej autentyczna. Wcześniej były tematy tabu, których nie poruszaliśmy. Aczkolwiek mimo wszystko jednak mniej mówimy o przeszłości, bo myślę, że on też nie jest jeszcze na to gotowy.

Żałuje Pani tej przeszłości, która kiedyś tak bolała?

Trudno mówić o żalu, bo nie mogę jej zmienić. Akceptuję ją, ponieważ nie mam wpływu na to, jaka była.

A zmieniłaby Pani coś w swojej przeszłości?

Nie mogę zmienić innych ludzi ani wydarzeń, na które nie miałam wpływu, ale pewnie przede wszystkim podjęłabym inne decyzje. Być może wcześniej poszłabym na terapię. Teraz patrzę na to z innej perspektywy.

To taka trochę niezwykła walka duchowa, w której człowiek musi się zmierzyć nie z tym, co jest przed nim, ale z tym, co jest za nim. Czy warto wracać do przeszłości, żeby ją dotknąć na nowo, przemyśleć i przeanalizować?

Myślę, że warto, bo czasami jest tak, jak ja zrobiłam w swoim życiu, że chciałam tę przeszłość zostawić, chciałam o niej zapomnieć, chciałam zacząć życie od nowa i to mi się nie udało. Myślałam też, że wystarczy modlitwa, spowiedź i rozmowa z kierownikiem duchowym. A w tych rozmowach też nie wracałam za bardzo do przeszłości. Właściwie to koncentrowałam się tylko na swoim życiu, na tym, co jest teraz, na swoich decyzjach, na tym, że chciałabym, żeby wszystko było jak najlepiej. Chciałam też być taka trochę idealna i zależało mi, by udowodnić, że dam sobie radę: znajdę pracę, sama się utrzymam i sama uporządkuję swoje życie. U mnie długo trwało, zanim zobaczyłam, że potrzebuję innych ludzi i Pana Boga, kiedy otworzyłam się na innych i na pomoc, którą otrzymałam i od ludzi, i od Boga. Myślę, że to jest właśnie bardzo ważne, by nie bagatelizować przeszłości. Trzeba do niej wracać, uporządkować ją i dobrze, jeżeli inni w tym pomagają.

 *Imię i nazwisko bohaterki wywiadu zostały zmienione.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *