Dwumiesięcznik dla chorych

Poza horyzonty

Autor: , opublikowano: 14.12.2013

Poza horyzonty

Jak to jest stracić w wieku 14 lat część nogi oraz ręki? Czy życie musi się załamać? Janowi Meli wypadek nie przeszkodził w pełnym przygód i piękna życiu – jest podróżnikiem, zdobywcą obu biegunów ziemskich oraz założycielem fundacji Poza Horyzonty pomagającej osobom po wypadkach. O życiu po amputacji rozmawia z nim kl. Michał Tomaka SCJ.

Kiedy skończyła się rehabilitacja po wypadku, przyszedł czas na normalne życie. Ale właśnie… Czy można powiedzieć, że wróciłeś do normalnego życia?

Powrót to w ogóle złe określenie, bo człowiek zmienia się całe życie. Nawet wracając z podróży, de facto się nie wraca, bo wszystko się zmienia. Po rehabilitacji wkroczyłem w nowe życie, którego uczyłem się bardzo długo. Obsługa świata z jedną ręką i z „metalową nogą” to spore wyzwanie manualne, ale praktyka czyni mistrza. Teraz nie stawiam sobie pytania, CZY dam radę coś zrobić, tylko JAK to zrobić, i uczę się tego. Wspinaczki, prowadzenia auta, robienia na drutach, chodzenia po linie. A więc żaden powrót, tylko nowe – paradoksalnie – lepsze życie.

Co jest konieczne i niezbędne do powrotu do normalnego życia w społeczeństwie? Czy sama proteza wystarczy?

Proteza, choć niezbędna do pełnego funkcjonowania, zawsze będzie tylko narzędziem. Ciągle powtarzam, że jedyną beznadziejną amputacją jest amputacja głowy – każda inna jest do zaakceptowania. A głowę trzeba mieć i trzeba mieć w niej poukładane. Aby żyć w społeczeństwie, należy się wyzbyć kompleksów. Sam odkryłem, że od czasu, gdy w zupełności przestałem wstydzić się swojej niepełnosprawności i przestałem próbować ją maskować, to otaczający mnie ludzie automatycznie (i zapewne nieświadomie) przestali na nią zwracać uwagę.

Co kryje w sobie psychika osoby po amputacji? Czy pomoc kogoś z zewnątrz – mam na myśli psychologa, może kapłana – jest potrzebna?

To już jest kwestia w pełni indywidualna. Ja, choć studiowałem psychologię, do psychologów mam spory dystans, bo zdaję sobie sprawę, jak odpowiedzialny jest to zawód. Sam chodziłem na psychoterapię – bynajmniej nie z powodu niepełnosprawności – i się tego nie wstydzę. To ludzka rzecz być słabym i potrzebować pomocy, a wtedy warto szukać specjalisty. Osobiście uważam, że nie powinno się stawiać grubej granicy oddzielającej psychologię od wiary w Boga – powinno się łączyć oba podejścia, odkrywać słabości umysłu, starać się zrozumieć siebie, ale być osobą pokorną i szanować siłę ponad nami, czyli Pana Boga.

Nosisz protezę. Z tego, co zdążyłem się zorientować, nie są to małe koszty. Czy można liczyć na wsparcie, zarówno formalne – chodzi o „papiery”, jak i materialne – ze strony państwa, różnych fundacji, osób prywatnych? Jak to wszystko wygląda?

Niestety, ze strony państwa wsparcie dla osób po amputacji stoi na zawstydzająco niskim poziomie i bez pomocy fundacji lub naprawdę majętnych osób bliskich zostajemy sami. Dobra proteza – zależnie od poziomu amputacji oraz aktywności osoby – to koszt rzędu 30 000 do 150 000 zł. Głównie z tego powodu pięć lat temu założyłem fundację Poza Horyzonty, bo doskonale wiem, jak to jest czekać na wsparcie i nie móc ruszyć się z domu.

Jeśli już jesteśmy przy temacie protez: jest to tylko sprzęt mechaniczny. Czy wymagają czasem jakichś napraw, wymian? Jak o nie dbać?

Proteza jest sprzętem, którego żywotność wynosi średnio trzy lata. Na szczęście, gdy coś ulegnie uszkodzeniu, można wymienić tylko jeden z komponentów, np. stopę, bez konieczności wymiany od razu całości, ale mimo wszystko są to ogromne koszty. Przy mojej aktywności, którą mogę chyba nazwać kosmicznie wysoką, proteza nie żyje specjalnie długo. Cenię sobie swoją niezależność i ogrom możliwości, ale wszystko ma swoją cenę. Choć jest to niezalecane przez producentów, jestem w stanie rozkręcić swoją protezę, złożyć ją i wykalibrować, bo tego czasem wymagają warunki, w których zdarza mi się bywać. Trudno, by na pustkowiach, gdzie nawet telefon nie ma zasięgu, móc liczyć na dobre zaplecze firm protetycznych.

Szukając informacji o Tobie, znalazłem też i taką: polarnik, zdobywca obu biegunów w jednym roku, do tego najmłodszy w historii i pierwszy niepełnosprawny, który tego dokonał. Niezłe wyczyny! Jaka była idea tych wyjazdów?

Te wyprawy to już stare dzieje, ba, 12 lat, więc nie będę się rozgadywał na temat tamtych chwil, bo najnormalniej w świecie pamiętam je jak przez mgłę. Jednak idea, która wtedy powstała, czyli inspirowanie innych ludzi do działania, przetrwała. Chcieliśmy wówczas pokazać, że niepełnosprawnego stać nawet na najbardziej niezwykłe wyczyny i że niepełnosprawność nie musi oznaczać bierności.

Założona przez Ciebie fundacja Poza Horyzonty pomaga osobom po wypadkach w powrocie do normalnego życia. Skąd się wzięła myśl o założeniu nowej fundacji o tak specyficznym statucie?

W moim życiu żadne z ważnych wydarzeń nie działo się na siłę. Nie było tak, że pewnego dnia stwierdziłem: „Hej, a może by tak założyć fundację?”. Po pierwszych wyprawach zacząłem spotykać mnóstwo ludzi niepełnosprawnych, którzy być może także chcieliby dokonywać rzeczy wielkich, ale opór materii, czyli często po prostu finanse, im to uniemożliwiał. Dlatego gdy spotkałem ludzi, z którymi mogłem zacząć działać, postanowiłem zrobić coś dla tych osób. Sam dostałem tak wiele od życia, więc nadszedł czas, bym zaczął z siebie dawać, a także nadawać temu wszystkiemu, co się stało, jakiś dodatkowy sens. Teraz, choćby opowiadając o swojej historii, staram się motywować innych ludzi do działania. A wcale nie trzeba być niepełnosprawnym, by mieć problemy z wewnętrzną mobilizacją i wiarą w swoje możliwości.

Czy organizowanie wyjazdów dla Waszych podopiecznych jest także jednym z istotnych elementów działalności fundacji?

Oczywiście, że tak. Podstawą jest, rzecz jasna, finansowanie protez, ale nigdy nie chcieliśmy być traktowani jak okienko, w którym wydawane są darmowe protezy i tyle. Gdy ktoś chce się u nas ubiegać o protezę lub dofinansowanie do protezy, usłyszy pytania: „Jak zmieni się twoje życie, gdy wreszcie dostaniesz wymarzoną protezę? Po co ci ona tak naprawdę jest?”. Dlatego chcemy mobilizować tych, którzy już nie mają tych ograniczeń technicznych, do działania. Jednym z pomysłów na taką mobilizację jest organizacja wypraw z udziałem osób niepełnosprawnych – nie tylko po amputacjach. W myśl tej idei zorganizowaliśmy już wyprawy na Elbrus w Rosji, El Capitan w Stanach Zjednoczonych, w Beskid Niski, Bieszczady i góry Wicklow w Irlandii. Podczas każdej z tych jakże różnych wypraw widzę osoby, które przełamują swoje wewnętrzne bariery – czasem związane z niepełnosprawnością fizyczną, a niejednokrotnie z brakiem akceptacji samego siebie. Obserwowanie tego sprawia mi ogromną przyjemność i wiele mnie uczy, a często także inspiruje.

Niewielu w pełni sprawnych daje radę funkcjonować tak jak Ty – tyle podróżować, pomagać innym, założyć fundację i jeszcze studiować w międzyczasie. Czy sądzisz, że gdyby nie wypadek sprzed 11 lat, udałoby Ci się dokonać tak wiele?

Nie mam pojęcia, jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie ten wypadek, choć niewykluczone, że byłoby dużo bardziej bierne. Nauczyłem się niczego w życiu nie żałować i nie patrzeć wstecz, więc nie zastanawiam się nad alternatywnymi bytami, tylko staram się doszukiwać jak najwięcej dobra w takim życiu, jakie mam.

Gratuluję Ci, Jaśku, że się nie poddałeś i poświęcasz się tym, którzy przechodzą podobną drogę co Ty. Dziękuję serdecznie za wywiad i życzę powodzenia Tobie i Twojej fundacji.

Dziękuję bardzo i życzę każdemu Czytelnikowi mnóstwa energii do zdobywania swoich osobistych szczytów, czymkolwiek by one nie były.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *