Dwumiesięcznik dla chorych

Rodzina Wincentyńska to mój drugi dom

Autor: , opublikowano: 06.09.2017

Rodzina Wincentyńska to mój drugi dom

Olga Weronika Figiel – studentka psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim jest związana z charyzmatem wincentyńskim od czasów liceum. Stworzyła Projekt M3 – Młodzi, Misje, Madagaskar. To inicjatywa krakowskich studentów, którzy niosą pomoc medyczną i edukacyjną na Madagaskarze. Jest założycielką świeckiego wolontariatu misyjnego księży misjonarzy św. Wincentego à Paulo MISEVI Polska (Świeccy Misjonarze).

Od dziecka byłam związana z misjami. Uwielbiałam opowieści z dalekiej Afryki i zawsze marzyłam, aby tam pojechać. W ramach Projektu M3 trzykrotnie byłam na Madagaskarze, gdzie pracowałam z dziećmi. Byłam także w Odessie na Ukrainie, gdzie posługiwałam wśród osób bezdomnych. Nasza współpraca z siostrami i księżmi ze zgromadzeń św. Wincentego à Paulo polega na odciążaniu ich w duszpasterskiej pracy i pomocy we wszystkim, w czym świeccy mogą pomóc. Księża mają wówczas więcej czasu na sprawowanie sakramentów i Mszę Świętą, która na misjach jest bardzo ważna. Korzystamy z ich doświadczenia, wiedzy, kontaktu z ludźmi i współpracujemy w budowaniu misji. Na misjach mieszkamy wspólnie w jednym domu, jemy razem posiłki, bardzo często jesteśmy dla siebie jak rodzina. W Polsce zbieramy fundusze na działalność misjonarzy. Życie w Rodzinie Wincentyńskiej to mój drugi dom. Dobrze mi z tymi ludźmi, bo wiem, że reprezentują ten sam charyzmat. Razem możemy robić wspaniałe dzieła, współpracować, pomagać sobie wzajemnie, a przez to jeszcze lepiej służyć ubogim.

Postanowiłam stworzyć MISEVI, bo uznałam, że trzeba, aby chrześcijanie zaczęli rozumieć, że pomaganie innym to zalecenie samego Chrystusa i nasz chrześcijański obowiązek. Co nam z tego, że pięknie się modlimy w kościołach, kiedy nie potrafimy pomagać ubogim? Daremna jest taka wiara. MISEVI dla wielu osób, do których wychodzimy z pomocą, jest zaskoczeniem, nie mogą uwierzyć, że młodzi ludzie chcą pomagać i pomagają. Jest szansą na edukację, powrót do zdrowia, na lepsze jutro, na poczucie bycia kochanym. Jest przede wszystkim świadectwem o Bogu, bo cokolwiek robimy dla innych, robimy w Jego imieniu. Wspólnota, jaką jest MISEVI, to wspólne wartości, opieka świetnych duszpasterzy, ale przede wszystkim wyjście do drugiego człowieka. Wspaniałe jest to, że nasza wiara nie polega tylko na pięknej modlitwie, ale na służeniu innym. Najpiękniejsze w MISEVI jest to, że u nas mało się mówi, a dużo się robi. To przede wszystkim działanie, bo bez niego nasza wiara, całe nasze MISEVI zupełnie nie miałoby sensu.

Zaangażowanie w wolontariat jest wymagające, dlatego najtrudniej przychodzi mi pogodzenie pracy, studiów oraz życia osobistego. Niejednokrotnie przytłacza świadomość, że nie każdemu możemy pomóc w taki sposób, w jaki byśmy chcieli. Robimy wszystko, co w naszej mocy i wierzymy, że Bóg zrobi resztę. Pamiętam taki moment, kiedy w przychodni medycznej zmarło nam pierwsze dziecko. Nie daliśmy rady go uratować, odeszło na naszych rękach. To była trudna chwila. Ten chłopczyk miał tylko trzy miesiące i ciężką malarię. Robiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, niestety nie udało się uratować mu życia. Później umierały też inne dzieci. Na gruźlicę, z powodu nowotworów, z niedożywienia. Każda taka śmierć uczyła pokory, mobilizowała, aby jeszcze bardziej, jeszcze szybciej spieszyć z pomocą.

Szczególne było dla mnie spotkanie z trędowatymi. Tego zjawiska nie mamy w Europie. Doświadczenie strachu, obrzydzenia, chęć ucieczki. Trzeba wszystko przezwyciężyć w sobie, żeby w leżącym na ziemi człowieku bez rąk i nóg zobaczyć Chrystusa. W tych ludziach widać Go było wyraźnie. Na początku nie bałam się spotkania z trędowatymi. Chciałam ich zobaczyć, byłam ciekawa, niecierpliwiłam się. Chwilę później wszystko się zmieniło. Ksiądz Kazimierz, który mi towarzyszył, spostrzegł grupę osób w ośrodku, w którym byliśmy, i szybkim krokiem podszedł w ich stronę. Przywitał się, zaczął rozmawiać. A ja? Stałam jak wryta. Patrzyłam na nich po prostu sparaliżowana od góry do dołu. Siedzieli przede mną trędowaci, bez rąk, bez nóg, bez palców, bez twarzy. Wyciągali do mnie kikuty i czekali na moją reakcję. W tamtej chwili chciałam zapaść się pod ziemię, uciec, odwrócić głowę. Bałam się. Oni byli inni, zdeformowani, odczłowieczeni. Pojawiła się bariera lęku, której nie mogłam pokonać. Dopiero po chwili szczery uśmiech jednego z nich coś we mnie złamał. Zupełnie tak jakby ten człowiek jednym uśmiechem zabrał cały mój strach. Przywitałam się, uścisnęłam zdeformowane dłonie i uklękłam, aby przywitać się z tym człowiekiem, który nie miał ani nóg, ani rąk. Przytuliłam go. Ksiądz rozmawiał z nimi, uśmiechał się, a ja słuchałam. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sala do zajęć plastycznych. Ludzie bez palców, ze zdeformowanymi dłońmi, którzy tworzą piękne dzieła. Byłam zachwycona. Oglądałam biżuterię, rysunki, małe figurki zebu, cieszyło mnie to. Wracając do domu, milczałam, miałam wrażenie, że coś mi w życiu umknęło… Do tej pory trędowaci byli zarezerwowani dla Biblii, Kalkuty, pozostawali bardzo odlegli.

Bóg był obecny w moim życiu od zawsze i od zawsze doświadczałam Go w mojej codzienności. Wstąpienie do Ruchu Czystych Serc, bierzmowanie – to były takie mocne momenty, w których dużo bardziej czułam Jego obecność. Doświadczałam Boga w drugim człowieku, niemal namacalnie. Byłam pewna, że w osobach, które spotykam jest sam Jezus Chrystus: w dzieciach, bezdomnych, chorych, trędowatych. Bez względu na historię, jaką człowiek ma za sobą, bez względu na błędy i potknięcia, bez względu na zło, jakie czyni i rany, jakie nosi w sobie… w człowieku zawsze więcej jest dobra, trzeba tylko umieć je odnaleźć.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *