Dwumiesięcznik dla chorych

Samotność dla Chrystusa

Autor: , opublikowano: 30.11.2013

Samotność dla Chrystusa

Misje to moje powołanie, a zarazem i przygoda. Spędziłem na nich już kilkanaście lat. Był to czas wspaniały, naznaczony wieloma osiągnięciami i radością, ale i czas nauki, porażek i błędów. Jednak zawsze mówię o misjach z radością i przytaczam budujące i ciekawe przykłady. Tym razem piszę jednak o czymś zupełnie innym… o misjonarskiej samotności i tęsknocie. Bo przecież samotność, tęsknota i różnego rodzaju trudności z tym związane to chleb powszedni misjonarza. I pewnie doświadczył tego też każdy, kto pracował na misjach czy gdzieś daleko poza granicami Polski.

Łzawy odlot

Takie trudne chwile, związane z samotnością i tęsknotą, przeżywa się często na początku misyjnej drogi, gdy trzeba się wielu rzeczy uczyć i zaczynać wszystko na nowo: nauka języka, nieporozumienia, zagubienie na nowym terenie i wśród obcych, a czasem świadomość bycia oszukanym… Potem trzeba się do tego przyzwyczaić i pogodzić z faktem, że jest się tu obcym, a ten kraj to nie Polska. I to nie tylko wtedy, gdy na bożonarodzeniowe święta nie ma szansy ani na śnieg, ani na opłatek… Pomaga w tym zajęty program dnia i wiele obowiązków oraz ludzie, którzy ciągle przychodzą i czegoś potrzebują.

Za czym najczęściej tęsknię? Za krajem i rodziną. Więc jeżeli wówczas nie masz przyjaciela, tęsknota zamieni się szybko w samotność. Wiele razy miałem okazję doświadczyć takiego uczucia, szczególnie na początku mojej pracy. Nigdy nie zapomnę dnia wylotu do Indii na moją pierwszą misję. W sercu byłem szczęśliwy, że wyjeżdżam, ale z drugiej strony łzy cisnęły mi się do oczu, bo czułem, że zostawiam na długo moją rodzinę, przyjaciół i rodzinny kraj. A gdy byłem już w samolocie, płakałem jak dziecko. Parę lat później, gdy musiałem pożegnać Indie, które kochałem, bo jako misjonarz byłem tam persona non grata, czułem to samo.

Wigilijny kurczak

Innym trudnym momentem jest czas świąt Bożego Narodzenia, a szczególnie dzień Wigilii. Wówczas bowiem jako misjonarze jesteśmy sami. Podróżujemy do dalekich wiosek i górskich kaplic. Myśli wracają wtedy do Polski. Nie można bowiem od pewnych rzeczy odwyknąć i zapomnieć o nich. Filipińska palma kokosowa, banan czy nawet słodka pomarańcza nigdy nie zastąpią polskich świąt, zwyczajów, kolęd i opłatka.

Pamiętam moje pierwsze święta na Filipinach. Spędziłem je w jednej z najbardziej oddalonych stacji misyjnych w parafii Kumalarang, we wiosce Kitaandagat. W języku cebuano kitaandagat znaczy tyle co „widzieć morze”. I rzeczywiście, wioska położona jest na wysokiej górze, z której w oddali można dostrzec morze. Nazwa tej miejscowości zapewne wzięła się od jej szczególnego położenia.

To przepiękna okolica. Wyprawę do tego miejsca zaczyna się samochodem, ale potem trzeba się przesiąść na konia lub iść pieszo. Dalej wiedzie wąska ścieżka przez las, nieustannie pnąca się w górę, którą wielokrotnie przecinają rwące strumyki i potoki. Miejscami wychodzi się z lasu i wówczas można podziwiać wspaniały krajobraz parafii Kumalarang: niekończące się zielone wzgórza i pagórki, a w dolinach połacie jeszcze jaśniejszej zieleni pól ryżowych. Każde wzgórze to inna osada i kolejna kaplica, którą trzeba co jakiś czas odwiedzić.

Kitaandagat jest małą wioską, w której żyje około dwustu osób. Wszyscy należą do plemiona Subanen. W zeszłym roku w Boże Narodzenie po raz pierwszy odwiedził ich ksiądz. Wędrowałem w Wigilię, aby rano odprawić pasterkę. Przy niewielkiej kaplicy czekała na nas cała wspólnota. Czuło się atmosferę święta i podekscytowania. Była jeszcze spowiedź, krótkie spotkanie i kolacja. Wieczerzą wigilijną, której na Filipinach nie ma, była dla mnie miska ryżu i kawałek pieczonego kurczaka. A potem zostałem już sam. Gdy usiadłem na niewygodnym bambusowym łóżku w szałasie nieopodal kaplicy, moje myśli pobiegły do rodzinnego domu w Polsce, wigilijnego stołu i tego wszystkiego, co kojarzy się z Polską. Ponieważ w Kitaandagat nie ma telefonu czy internetu, jedynym połączeniem z najbliższymi była modlitwa i rozmowa z Bogiem. Takie były moje pierwsze święta i Wigilia na Filipinach. Mimo że od tamtego czasu minęło już dziesięć lat, a ja poza Polską jestem już siedemnaście, takie uczucie w Wigilię powraca co roku.

Jeden komentarz

Dołącz do dyskusji!

  1. Magda Lena

    takie uczucie powraca co roku, w Wigilijny wieczór, i Święto Zmartwychwstania Pańskiego,
    takie uczucie dobrze znam, i moi dwaj synowie też, są za granicą od kilku lat, i choć są o wiele lat młodsi od Ciebie ks.Andrzeju, to nie rozczulają się tak nad sobą, choćby dlatego, że nie chcą mnie martwić takimi smutnymi przemyśleniami,
    życzę zdrowia, i sił duchowych, w końcu misje to Twoje powołanie ks. Andrzeju, przecież pracujesz dla Pana Boga,
    niech Pan błogosławi Ci na każdy dzień
    pozdrawiam

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *