Dwumiesięcznik dla chorych

Sinusoida życia

Autor: , opublikowano: 04.09.2015

Sinusoida życia

To, co przeczytasz za chwilę, jest splotem tragicznych przeżyć i żywej wiary. Bez pokusy łatwego, taniego wyjaśniania ani przyczyn, ani tajemnicy tak cierpienia, jak i śmierci. Świadectwo szczególne, bo dotyczy umierania siostry, wujka i ojca – społecznika, wieloletniego burmistrza podkrakowskich Dobczyc. O sinusoidzie życia, nie tylko własnego, opowiada Bogumił Pawlak.

Czerwiec jest w mojej rodzinie miesiącem wyjątkowym. 16 czerwca 1973 roku pobrali się moi rodzice. 39 lat później, 13 czerwca, zmarła moja Siostra – Agnieszka. Pisząc dokładniej – tego dnia lekarze poinformowali nas, że nastąpiła śmierć pnia mózgu. Musieliśmy zgodzić się na odłączenie jej od maszyny podtrzymującej funkcje życiowe. Ponad miesiąc wcześniej urodziła swoje 3 dziecko. Przez ten czas była w śpiączce spowodowanej błędem lekarza i komplikacjami poporodowymi. Pogrzeb Siostry odbył się16 czerwca – w rocznicę ślubu Rodziców. Mój świat rozpadł się na tysiąc zrozpaczonych kawałków.

tak, jak chcesz Ty

Mam tę łaskę, że zawsze byłem blisko Boga i mimo że pozwalałem sobie na krótkotrwałe odejścia i upadki, to zawsze do Niego wracałem (być może miał na to wpływ fakt, że jeden z moich braci jest sercaninem, a część mnie zawsze była „sercańska”). Okres, jaki moja Siostra spędziła w śpiączce w szpitalu był dla mnie wielkimi rekolekcjami, czasem zupełnego zawierzenia Bogu. Nic ode mnie nie zależało. Odczuwałem całkowitą bezsilność. Nie pozostało mi nic innego, jak zaufać. Bezgranicznie. Mimo to nie udało się uratować mojej Siostry. Tak często powtarzane przeze mnie „Jezu ufam Tobie” i „Bądź wola Twoja” oznaczało także zgodę na to, czego nie chcę.

Mój Tata zawsze starał się widzieć sens w tym, co go doświadczało. Przez lata różnych doświadczeń, tych dobrych i tych złych, budował swoje zawierzenie Bogu. Szukał Go i pozwalał Mu się znajdywać. Obserwowałem, jak stara się pogodzić z faktem odejścia jego pierworodnej i jedynej córki. Mimo że ogromnie cierpiał, starał się chronić swoją rodzinę. Być jeszcze bardziej dla nas i dla innych ludzi. I ufać. Koronka do Miłosierdzia Bożego była stałym punktem Jego dnia.

poszukiwania

W maju 2014 roku Tata zaczął skarżyć się na różne bóle. Nigdy nie słyszałem, żeby na coś narzekał. Przez ponad miesiąc byłem z nim w 2 przychodniach zdrowia, 6 szpitalach i kilku poradniach. Spotkaliśmy się z ponad 10 różnymi lekarzami, którzy na podstawie przeprowadzanych badań nie potrafili powiedzieć, co dolega mojemu Tacie. I mimo że nikt tego nie powiedział, wiedziałem, że lekarze szukają nowotworu, ale nie potrafią go zlokalizować. 13 czerwca byłem z Tatą na sali pooperacyjnej – po pobraniu wycinka kości do badania, które jednoznacznie miało ustalić źródło raka. Rocznica śmierci Jego córki, niepewność związana z chorobą i ból po operacji skumulowały się. Widać było, że Tata bardzo cierpiał, a ja nie mogłem Mu pomóc. Obrazek Jezusa Miłosiernego i koronka były z Tatą także na OIOM-ie.

W Dzień Ojca byłem z Nim w czasie kolejnej wizyty u lekarza. Wówczas, w mało subtelny sposób, Tata dowiaduje się, że ma raka płuca z przerzutami do kości. Razem słyszymy, że nie ma co liczyć na wyleczenie. Tego samego dnia, po powrocie ze szpitala, oświadczam się. Taka sinusoida życia – od totalnego smutku do ogromnej radości.

walka nie o siebie

Po postawieniu ostatecznej diagnozy lekarze mogą rozpocząć chemioterapię, którą Tata znosi nadspodziewanie dobrze. Na skutek podawania chemii zaczyna tracić włosy i brodę. W czasie, gdy zostaje na chwilę sam w domu, bierze maszynkę do włosów i po 41 latach noszenia brody obcina ją. Każda wizyta na oddziale onkologii dużo Go kosztuje, ale każdy dzień jest walką i odczytywaniem Bożego planu. Zarówno dla Taty, jak i dla mnie. Tata jest mocny. Czerpie siłę z modlitwy. Pociesza rodzinę. Daje nadzieję. A przecież to my powinniśmy wspierać Jego…

Chemioterapia przynosi pozytywne rezultaty. Nastąpiła remisja nowotworu. Tata podejmuje decyzję o ponownym kandydowaniu na urząd burmistrza. Wydaje się, że będzie dobrze. I wtedy umiera Jego młodszy brat, a mój ojciec chrzestny. Na raka mózgu.

Tata cierpi i powtarza: „Bądź wola Twoja”. Udziela niesamowitego wywiadu w „Gazecie Krakowskiej”. Jakby na przekór chorobie – płacze ze szczęścia na naszym ślubie, wygrywa wybory znaczną przewagą głosów, zostaje odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, ma plany na przyszłość, kolejny raz obejmuje funkcję burmistrza i składa ślubowanie. Kilka dni później choroba atakuje z potrójną siłą. Sinusoida życia… Okazuje się, że nowotwór w płucach się cofnął, ale nastąpił przerzut do mózgu. Lekarze podejmują próbę paliatywnej radioterapii, ale postęp choroby jest tak szybki, że z niej rezygnują i zaprzestają dalszych prób leczenia.

z domu na drugą stronę życia

Mama jednoznacznie mówi lekarzom, że w takim razie chce mieć męża przy sobie, w domu. Lekarze twierdzą, że sobie nie poradzi, ale niechętnie zgadzają się na wypis. W ciągu jednego dnia w naszym domu znajduje się szpitalne łóżko, wózek inwalidzki i inne niezbędne medyczne sprzęty. Kilka dni wcześniej Tata mógł jeszcze normalnie funkcjonować, teraz nie może przejść samodzielnie kilku kroków. Jak to możliwe…?

Nie dalibyśmy sobie rady, gdyby nie oddana, pełna troski i fachowa pomoc Hospicjum Domowego z Wiśniowej, zwłaszcza pani Ani – pielęgniarki. Przez ponad miesiąc będzie nam pomagać swoimi umiejętnościami w zajmowaniu się Tatą, doradzać, pocieszać, być.

Kilkanaście lat temu w czasie jakiejś rozmowy o domach spokojnej starości Tata wspomniał, że nie wyobraża sobie siebie w takim miejscu i ma nadzieję, że jego dzieci zaopiekują się nim, gdy nie będzie mógł już sam o siebie zadbać. Zapamiętałem to życzenie i w czasie choroby wraz z mamą, braćmi i synowymi staraliśmy się, aby Jego odchodzenie było godne. Tata doświadczył słów Pisma św.: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz” (J 21,18).

Przerzut do mózgu sprawił, że z każdym dniem Taty było „mniej”. Przez pierwsze dni po powrocie ze szpitala modliliśmy się jeszcze wspólnie. W czasie ostatniej wspólnej Koronki do Miłosierdzia Bożego, którą Tata mógł odmawiać już tylko szeptem, pogłaskał mnie po głowie, jakby chcąc pocieszyć i powiedzieć, że mimo wszystko będzie dobrze. Zawsze widział więcej i dalej niż inni. Do końca silny – siłą modlitwy. Po kilkunastu dniach przestał mówić, chodzić, komunikować się, nie mógł już nawet siedzieć, więc później modliliśmy się już przy Tacie, klęcząc przy szpitalnym łóżku postawionym w sypialni rodziców.

12 stycznia 2015 roku po raz ostatni przyjechała do nas pani Ania. Wspólnie odmówiliśmy Różaniec i Koronkę. Tylko tyle i aż tyle mogliśmy jeszcze zrobić. Ksiądz z naszej parafii zdążył przyjechać, żeby namaścić Tatę świętymi olejami. Udało się zebrać najbliższą rodzinę. O godz. 15.18, w Godzinę Miłosierdzia, Tata otworzył oczy, popatrzył przytomnie na swoją ukochaną żonę, synów, synową i zięcia i otoczony miłością zasnął na zawsze. W ostatniej sekundzie Jego życia, przez ściśnięte gardło, udało mi się jeszcze powiedzieć, żeby w niebie uściskał od nas Agę.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *