Dwumiesięcznik dla chorych

Szczęście bez końc(zyn)a

Autor: , opublikowano: 05.12.2013

Szczęście bez końc(zyn)a

Od czego zależy szczęście? Od zdrowia? Coraz częściej uświadamiamy sobie, że nie. I nic nie jest w stanie tego zmienić. Ani niekończące się kolejki, ani zapisy na lekarskie porady specjalistyczne, ani coraz bardziej zbliżający się do krawędzi egzystencji stan służby zdrowia. Bo źródłem zadowolenia jest akceptacja samego siebie, prawdziwie trwałego szczęścia zaś sam Stwórca. Bóg, który nie jest winien ludzkiego kalectwa.

Krzyk na porodówce

Kiedy jego ojciec zobaczył, że syn nie ma prawej ręki, nie wytrzymał. Wybiegł ze szpitalnej porodówki. Po chwili jednak wrócił, krzycząc do lekarza: „On nie ma prawej ręki!”. Na co lekarz, nie mniej zapewne przerażony, miał odpowiedzieć: „Nie ma ani prawej, ani lewej ręki, nie ma też nóg”. Miał szybko umrzeć, lecz na przekór medycznym przewidywaniom nauczył się jeździć na deskorolce, pływać, stać w pionie. Obecnie mąż i ojciec. Nick Vujicic. Dziś nikt nie jest w stanie policzyć, ilu ludzi dzięki niemu na nowo pokochało swoje życie, także tych, którym żadnej z kończyn nie brakuje.

Nick Vujicic cierpi na wadę genetyczną zwaną tetra-amelią. To właśnie ona jest winna temu, że nie wykształciły się u niego kończyny. Choroba nie zdołała jednak wpłynąć na zanik wiary i w szczęśliwe życie, i w Bożą opatrzność nad rodziną Vujicic. Choć nie nastąpiło to jakby za pstryknięciem palcami.

A może nie warto żyć?

Ojciec Nicka jest pastorem. Dramat z porodówki trwał w nim cztery miesiące, tak mocno, że nie potrafił przytulić swojego syna. Wiosna przyszła jednak wraz z modlitwą wspólnoty baptystów w Brisbane w Australii, gdzie mieszkali, i jego żony. To właśnie ona w końcu poczuła, że Bóg musi mieć dla Nicka plan… Trwały plan. Nawet wtedy, gdy kilkuletni Nick w wyniku depresji próbował ze sobą skończyć raz na zawsze. Co go powstrzymało? Wizja własnego pogrzebu i żal mamy, która „bardzo by płakała”.

Konferencje, fundacja, nadzieja

„Nie żyje się po to, żeby umrzeć” – po latach Nick wspomina na spotkaniach jedną z pierwszych myśli, która narodziła go na nowo. Na spotkaniach z kim? Nick nie przyjeżdża jedynie do australijskich szkół, wybiera się również na otwarte konferencje na stadiony. Bilety rozchodzą się jak świeże bułeczki, a już pięć liter z jego imienia i nazwiska wpisanych w internetową wyszukiwarkę zasypie nas nagraniami jego świadectw.

„Tak długo, jak próbuję, zawsze jest szansa na podniesienie się po upadku. Czy to ma sens? To nie jest koniec, dopóki się nie poddasz”. To nie tylko jego słowa mające zmotywować do pokochania siebie i wzięcia życia we własne ręce, ale i idące za nimi czyny, skończone studia z finansów i bankowości, a przede wszystkim żywa świadomość obecności Jezusa Chrystusa. Dziś z ogromnym przekonaniem opowiada on nastolatkom, że muszą żyć własnym życiem, stawiać kroki we właściwym kierunku, zamiast żyć kompleksami i porównywaniem się do rówieśników. To właśnie mądre pokochanie własnych słabości pozwala Nickowi widzieć w człowieku skarb: „Jesteście warci więcej niż diamenty. Wszystkie diamenty świata. Jesteście tacy cenni. Każde jedno wasze serce…”. Dla jednych będą to wyświechtane slogany, lecz te same słowa w ustach Nicka nabierają życia, bo z autentycznego życia są wzięte.

Nick stworzył fundację „No Limbs, No Limits” związaną ze wspólnotą Kościoła baptystów. Bo to właśnie Jezus Chrystus pomógł mu zrozumieć, że nie jest w sytuacji bez wyjścia. Internetowa strona fundacji pełna jest świadectw ludzi wyciągniętych z dna – byłych alkoholików, narkomanów i tych, którzy stali na krawędzi życia. Są tam przejmujące wyznania tych, którzy pomimo pozornego sukcesu czuli, że przerasta ich życie. W wydanej również w Polsce książce Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń! Nick przyznaje: „Ludzie często myślą, że osoba niepełnosprawna jest wycofana, bierna i smutna. Lubię przełamywać ten stereotyp i pokazywać, że prowadzę ekscytujące życie, jestem człowiekiem spełnionym”.

Dźwignia

Elektryzują nas wieści o ludzkiej tragedii, nagłym wypadku, niczym niezawinionej chorobie. Z dziwnego powodu z zainteresowaniem oglądamy takie programy, czasem gdzieś po cichu wołamy: „O Boże!”, a czasem zastygamy porażeni dramatem. Lecz to, co prawdziwie pozwala nam spoglądać do przodu i dźwiga umęczoną rzeczywistość, to nie tyle marzenie o cudownym zniknięciu choroby, ale ci, którzy są zdolni spojrzeć ponad nią.

Młoda, 21-letnia modelka Aldona Plewińska staje bez lęku przed profesjonalnym fotografem. Zresztą podobnych sesji zdjęciowych ma już za sobą ponad 20. Co w tym nadzwyczajnego? Aldona nie ma rąk i nogi. Dziś tylko czasem przebiega jej przez myśl: „Dlaczego mnie to spotkało?”. Szybko ją jednak przepędza. Inni przecież mają jeszcze gorzej, a mimo to czerpią z życia pełnymi garściami. I ona nie zamierza pozostać w tyle. Jak wspomina w jednym z wywiadów: „Mama zawsze mi pokazywała, że nie mogę siebie traktować jak osoby kompletnie niepełnosprawnej. Że zawsze mam iść do przodu. Dzięki niej mam w sobie siłę. Dzięki niej właśnie taka jestem”.

Bo właśnie cichych bohaterów codzienności potrzebujemy bardziej niż roztrząsanych tragedii. My – i niepełnosprawni, i pełnosprawni. Przed jednymi i drugimi stoi to samo zadanie: pokochać własne życie, tak jak ceni je Bóg.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *