Dwumiesięcznik dla chorych

Tylko zwycięstwo ciała?

Autor: , opublikowano: 03.09.2013

Tylko zwycięstwo ciała?

„Doskonały przykład tego, jak wiele można osiągnąć, łącząc pasję, ciężką pracę i wiarę w swoje możliwości, dają członkowie polskiej kadry Igrzysk Paraolimpijskich. Na ostatniej Paraolimpiadzie w Londynie (2012) zdobyli łącznie 36 medali: 14 złotych, 13 srebrnych i 9 brązowych oraz ustanowili 4 nowe rekordy świata. (…) to dowód przełamania stereotypu osoby niepełnosprawnej jako słabszej, niezaradnej. W rzeczywistości (…) wykazują [oni] siłę fizyczną i możliwości znacznie przewyższające zdolności przeciętnego człowieka” – zauważa Radosław Mołoń, wicemarszałek województwa dolnośląskiego. Warto jeszcze dodać, że polska ekipa do stolicy Anglii pojechała w sile 101 zawodników, którzy rywalizowali w 11 dyscyplinach. Dorobek 36 medali pozwolił Polsce uplasować się na 9. miejscu w klasyfikacji medalowej wśród 75 krajów!

na siedząco łatwiej?

Pragnienie zaczerpnięcia siły ducha wypełniającej naszych sportowców było tak wielkie, że zdecydowałam się na osobiste spotkanie, by doświadczyć ich mocy. W związku z tym, że w szkole podstawowej, a potem średniej siatkówka była dla mnie najtrudniejszą aktywnością, wybór padł właśnie na tę dyscyplinę, ale rozgrywaną na siedząco. Jak się okazało, to „ale” nie oznaczało „łatwiejszą”, gdyż o wiele więcej siły trzeba włożyć w rozgrywki toczone z perspektywy siedzącej. Obecność na dwugodzinnym treningu była dla mnie ucztą dla ducha, bo moje słabe, niezaradne i niepełnosprawne w tej dziedzinie ciało było tylko w stanie podawać piłki.

Przyjdź…

Pojawiło się kilkanaście osób w różnym wieku, kobiety i mężczyźni, osoby z wrodzoną niepełnosprawnością ruchową i po amputacjach wynikających z choroby nowotworowej czy wypadków, była też pełnosprawna studentka Akademii Wychowania Fizycznego, realizująca na studiach specjalność z tej dyscypliny. Wszyscy odłożyli wózki, kule i stanęli (a raczej usiedli) na boisku bezbronni, niezabezpieczeni, ogołoceni. Tak bardzo przypominało mi to scenę z Ewangelii, gdy św. Piotr szedł do Pana Jezusa po wodzie. Odnajduję w sercach tych sportowców i św. Piotra pewne podobieństwo: muszą mieć w sobie ogromne pragnienia. Nie chcą czekać, chcą wyjść naprzeciw czemuś lub komuś. Może pragną doświadczyć, czym jest życie, gdy człowiek już nie opiera się tylko na swoich siłach. W każdym razie sama decyzja udziału w tym sporcie czy odwaga prośby św. Piotra: „Każ mi przyjść do siebie po wodzie” (Mt 14,28) wymagają zawierzenia. Trzeba wykroczyć swoim umysłem i sercem poza to, co dotychczas było niemożliwe, uwierzyć i mieć nadzieję, że uda się tą siłą ducha pokonać ciało. To jest możliwe, bo Pan Jezus powiedział i chodzącemu po wodzie, i grającemu bez nóg na boisku: „Przyjdź” (Mt 14,29).

Najtrudniejszy pierwszy krok

Niewątpliwie trudny był dla św. Piotra i siatkarzy pierwszy krok. Słysząc zaproszenie i odczuwając pragnienie, można nie reagować i nadal pozostawać w łodzi, na twardym, znanym, pewnym gruncie; być niejako zabezpieczonym. Aby ruszyć z miejsca, trzeba przekroczyć swój lęk. Stojąc w łodzi, nie można jeszcze doświadczyć szczęścia, wolności, radości, pokoju serca, aby tak się stało, należy uczynić krok w ciemne wzburzone morze. Często jest tak, że człowiek nie może zakosztować owoców ducha, dopóki nie zrobi tego pierwszego kroku. Trzeba pragnąć czegoś lepszego, większego, niemożliwego i o to prosić, starać się, a resztę pozostawić Panu Bogu – on to wypełni do końca. Często jest jednak tak, że pragniemy i prosimy, a potem boimy się zawierzyć Bogu. Można przez to nie dać Mu szansy, aby zadziałał w życiu i spełnił nasze pragnienia.

Lekcja jedności

Zastanówmy się, co czuł Piotr chodzący po morzu czy siatkarze rozgrywający pierwsze sety. Na początku może lęk, niepewność, dlatego ostrożnie stawiali pierwsze kroki, ale potem poczuli, że To działa. Naprawdę idą po wodzie, grają, biegają, choć nie mają nóg!

Ważne, że każdy z nas może chodzić po morzu. Kiedy zawodnicy weszli na boisko, trener wypowiedział do mnie takie słowa: „Wszyscy mają te same szanse, gdy usiądą!”. Niezwykłe dla mnie było to, że w sytuacji, kiedy w zespole ktoś źle zagra piłkę, nikt nie krytykuje ani nie kpi. Przeciwnie, pojawia się gest przybicia piątki – taki niewerbalny komunikat: „Nie martw się, ciągle jesteśmy razem”. Trener woła: „Graj dalej! Nie dyskutuj, ale rób, co trzeba!”. Obecność trenera, jako uczestnika gry, który przeżywa tę samą czasoprzestrzeń, jest również motorem do aktywności. On nie ocenia, ale ciągle motywuje do grania, do chodzenia po morzu. Wielka jest w nich bowiem świadomość, że nie mogą dopuścić u współgrającego do uczucia zwątpienia czy odrzucenia. A jak ogromna jest radość z maleńkich sukcesów drużyny. Bardzo poruszająca jest też ich ciągła jedność i wzajemna odpowiedzialność za siebie.

Bądźmy w naszych codziennych rozgrywkach jak ci sportowcy na boisku – silni wiarą, wytrwaniem i pasją. Życzmy sobie chodzenia po morzu i osiągnięcia rzeczy niemożliwych!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *