Dwumiesięcznik dla chorych

Wyzwanie czy krzywda?

Autor: , opublikowano: 23.10.2017

Wyzwanie czy krzywda?

Państwo Jola i Krzysztof Bukowcowie mieszkają w województwie małopolskim. Mają czworo dzieci: Franciszka, Wojciecha, Małgorzatę i Bartłomieja. Od 20 lat tworzą szczęśliwą rodzinę. Przyznają, że wyzwaniem dla całej rodziny jest bycie razem w chorobie, na którą cierpi ich drugi syn – Wojciech. Gdy miał trzy i pół roku, wykryto u niego guza mózgu, który się rozrasta i powoduje, że Wojtek jest osobą w pewnym stopniu niepełnosprawną.

 

Wyzwanie

Choroba sama w sobie nie jest pragnieniem żadnego człowieka. Nie zdarza się, aby ktoś otrzymał propozycję wyboru między chorobą lub zdrowiem. Cierpienie jest naturalną konsekwencją życia ziemskiego, częścią oczekiwania na zbawienie i życie wieczne z Bogiem. Choroba spadająca na nas znienacka staje się wyzwaniem. To od nas zależy, co z nią zrobimy.

Gdy Wojciech przyszedł na świat, jako bardzo oczekiwane dziecko, naszym jedynym pragnieniem było, aby był zdrowy. Taki się urodził. W miarę jak dorastał, zachwycał nas swoją osobowością. Nagle po trzech i pół roku pojawiła się diagnoza, że nasz syn ma guza mózgu. Wraz z nią załamał się nasz świat. Pojawiło się wiele pytań, między innymi dlaczego on i nasza rodzina musi dźwigać taki ciężar? Po pewnym czasie przyszła refleksja: zrzucanie powinności cierpienia na innych jest czystym egoizmem! W czym drugi człowiek jest gorszy ode mnie, żeby to właśnie on miał cierpieć? Choroba dziecka po prostu się zdarza. Raz u biednych, raz u bogatych, zarówno u jedynaków, jak i w rodzinach wielodzietnych.

W podjęciu wyzwania każdemu człowiekowi podświadomie towarzyszy świat wartości, którym kieruje się w swoim życiu. Dla nas jest on takim „płotem”, który wyznacza oś naszych życiowych decyzji, a w razie potrzeby jest narzędziem do oceny naszego postępowania. Kluczowym sposobem w codziennej walce jest dla nas wiara w Boga i nie wyobrażamy sobie, jak ludzie radzą sobie bez niej.

Podejmując wyzwanie walki z chorobą naszego dziecka, dotknęła nas troska o wiele spraw. Począwszy od opieki nad jego rodzeństwem, po zapewnienie rodzinie godnego bytu i finansów na leczenie. Naszą siłą w tamtym momencie było pragnienie bycia razem. Za żadne skarby nie chcieliśmy doprowadzić do sytuacji, w której musielibyśmy się rozstać. Sposób zarabiania pieniędzy dostosowaliśmy do naszych nowych możliwości. Pojawiające się oferty dodatkowej pracy zawsze rozważaliśmy w kategoriach realnych potrzeb i tego, czy aby nie będziemy skazani na rozstanie, nawet krótkie.

 

Krzywda

Nie podejmując wyzwania, jakim jest choroba dziecka, człowiek może zrobić krzywdę sobie i swojej pociesze. Będzie ona tym większa, jeżeli pozwolimy, abyśmy zostali sami ze swoim problemem. Pomoc najbliższych czy stowarzyszeń, które gromadzą osoby zmagające się z podobnymi problemami, okazuje się zbawienna, tak samo jak działania osób związanych z szeroko pojętą służbą zdrowia, które swoją pracę traktują jako powołanie. Ogrom pomocy, jaką otrzymaliśmy, przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Była to pomoc od bliskich, na przykład w postaci opieki nad pozostałą częścią naszych dzieci, od osób całkowicie obcych, przez modlitwę, zainteresowanie, podzielenie się swoimi przetworami, zabawkami itp., od Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Niepełnosprawnością „Przystań” im. Jana Pawła II w Tymbarku, do którego należymy, a dzięki któremu mogliśmy na przykład wszyscy pojechać do Rzymu na pielgrzymkę, a także od tych, którzy nie tylko leczą, ale których prawdziwie spotykamy przy szpitalnym łóżku…

Jakiekolwiek cierpienie zawsze jest złem. Możemy mówić o nim, że jest zasługujące, tylko wtedy, gdy ofiarujemy je Chrystusowi, który przez swoją mękę na krzyżu uświęcił cierpienie. Samo w sobie zawsze pozostanie złem. I choć często mówi się o wartości cierpienia, to jednak nie zmienia to faktu, że staje się ono balastem życiowym, który przygniata. Dla rodziców nie ma chyba większego bólu jak ten, który wzbudza widok ich własnego, cierpiącego dziecka.

Nie trzeba doświadczyć choroby własnej pociechy, żeby się domyślić, że taka sytuacja wywraca dotychczasowe życie do góry nogami. Podobnie było w naszym przypadku. Pomijając rzeczy podstawowe, warto podkreślić, że nauczyliśmy się, że na ludzi nie można patrzeć powierzchownie. Osoby niepełnosprawne, choć po ludzku wykazujące pewne braki, są takimi samymi ludźmi jak my. Pragną miłości, relacji z drugim człowiekiem. Okazują to, co przeżywają, to, czego pragną, może na inny sposób, ale wystarczy ich poznać, aby… zrozumieć! Nie potrzebują litości, a jedynie akceptacji. Choroba Wojciecha zwróciła naszą uwagę na nas, na naszą rodzinę, na nasze dzieci, na niego! Dzięki temu zbliżyliśmy się do siebie. Przestały być dla nas aż tak istotne rzeczy zewnętrzne, materialne. Choroba wymusiła na nas skupienie się na człowieku. Tworząc wspólnotę rodzinną, cieszymy się z drobnych rzeczy, bo największą już mamy – siebie nawzajem!

 

Gdyby nie ona…

Jak powiedział nasz syn Wojciech: „Największym wyzwaniem dla nas jest miłość”. To ona sprawia, że jesteśmy w stanie znosić swoje wzajemne słabości, cieszyć się sobą i każdym dniem. Rodzi się tam, gdzie jeden człowiek rezygnuje z siebie dla drugiego. Pomnaża się tam, gdzie takich osób jest więcej. Dziś świat nie znosi słów ofiara, rezygnacja, bo przecież mnie się wszystko należy… Pozostaje pytanie, dlaczego? I znów, w czym jesteś lepszy od innych, aby to właśnie tobie się wszystko należało? Na szczęście żyjemy tu tylko chwilę, później czeka na nas niebo! Do zobaczenia!

 

Tekst powstał na podstawie wywiadu, który redakcja „Wstań” przeprowadziła z rodziną państwa Bukowców. W klimacie gościny, radości i niespożytego optymizmu dzielili się swoim życiowym doświadczeniem. Ich syn Wojciech z własnych oszczędności przekazał na nasze ręce darowiznę na leczenie Krzysia Ochmańskiego, którego zapewne pamiętacie z naszego poprzedniego numeru „Wstań”!

 


Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *